piątek, 20 stycznia 2012

Rozdział II

Bez większego rozpisywania się, rozdział II, który przez kilka osób, jak się dowiedziałam, był bardzo wyczekiwany. Mam nadzieję, że nie zniechęci on nikogo do dalszego czytania :) W przyszłości postaram się częściej dodawać rozdziały, mam nadzieję, że "napływająca" wena pozwoli mi na to :)
Do usłyszenia!


Rozdział drugi


    Wakacje minęły, jak zawsze, w miarę spokojnie i szybko. Kłopoty z komunikatorami sprawiły, że nie widziałam się z Wiktorią całe dwa miesiące! Wyjechałam do Niemiec na trzy tygodnie, a stamtąd rozmowy były niestety drogie i mama rzadko pozwalała mi do niej dzwonić. W sierpniu mieszkałam u babci na wsi, ponieważ uwielbiam spędzać wakacje w miejscach, gdzie jest cicho, gdzie można napawać się słońcem i czystym powietrzem, spać pod namiotem i oglądać nocami czyste niebo pełne migających gwiazd. Wieś to miejsce, gdzie mogę pójść do lasu, odizolować się od całego świata i pomyśleć.
         Bardzo stęskniłam się za Wiktorią i kiedy na rozpoczęciu roku szkolnego ją zobaczyłam, rzuciłam jej się w ramiona. Zawsze zazdrościłam jej pięknej i długotrwałej opalenizny, ale nigdy o tym nie mówiłam. Tym razem była bardziej intensywna, pewnie dlatego, że Wiki wyjechała do kuzynki, która mieszka w Hiszpanii, nad Morzem Śródziemnym, gdzie słońce mocno świeci każdego dnia.
         Rozmowom i opowiadaniom wakacyjnych przygód nie było końca, dlatego nie kryłyśmy rozczarowania i złości, kiedy nasz wróg, Kaśka, którą zwałam Ropuchą, niegrzecznie nam przerwał.
       -Jak spędziłyście wakacje? - Nie zdążyłyśmy nawet otworzyć ust, a ona ciągnęła dalej. - Założę się, że wszędzie razem. Wiecie, podziwiam was. Mi już dawno znudziłaby się ta... ee... przyjaźń, czy jak wy to tam nazywacie. W ogóle do siebie nie pasujecie, zupełnie jak ogień z deszczem. Dziwię wam się, że jeszcze nie podskoczyłyście sobie do gardeł. Pewnie nie mówicie sobie wszystkiego. No, ale czemu się nie odzywacie? Odcięli wam języki, czy jak? Wiecie, nie chciałabym się z wami zaprzyjaźnić, bardzo nudziłoby mi się z takimi...
      -Dosyć! - niegrzecznym, ale stanowczym głosem przerwałam jej monolog. - Wiesz, że cię nie lubimy, więc po co do nas podchodzisz? Myślisz, że przez to będziesz fajniejsza? Żałosne. Ale wiesz, co? Nie zgadzam się, abyś w jakikolwiek sposób ingerowała w naszą przyjaźń. Ja na to nie pozwolę!
         Już miałam zrobić coś, czego pewnie bym pożałowała, ale na szczęście Wiki mnie powstrzymała.
         Z Ropuchą problemy były od zawsze. Ten swój charakterek odziedziczyła po mamusi, to widać. Obrażała się o byle co. Skarżyła, a jak raz jej zagroziłam, popłakała się i przez łzy zdołała wykrztusić tylko „przepraszam” i na tym się skończyło.
         Kiedyś poznała mnie ze swoją przyjaciółką. Tak się polubiłyśmy, że tamtą odstawiłyśmy na bok. Od  tego czasu nieustannie próbuje nas poróżnić. Szkoda, że jeszcze nie zrozumiała, że nasza przyjaźń jest tą na wieki...
         Teraz przechodziłyśmy obok dobrze znanych nam twarzy, witając je ciepłym uśmiechem i z większością zamieniając kilka słów. Wreszcie znalazłyśmy gdzieś miejsca. Usiadłyśmy i jedyne, co nam pozostało, to czekać na nudne przemówienie Dyry-Satyry (tak właśnie mówiono na dyrektorkę za jej plecami. Dlaczego? Nie wiadomo.)
         -Witam wszystkich po wakacjach – zaczęła. - Mam nadzieję, że wypoczęliście i jesteście gotowi na dziesięć miesięcy miłej nauki - dał się słyszeć pomruk niezadowolenia. -Na wstępie chciałabym powitać...
         Dalej nie słuchałam. Nie obchodziło mnie to. Powiodłam wzrokiem po całej społeczności i zatrzymałam się na nim, przystojnym i wysportowanym Kubie z klasy. W eleganckim stroju wyglądał ciekawie i pociągająco, a kiedy się na niego patrzyło, można było poczuć przyjemny dreszczyk - w każdym razie ja osobiście takiego doświadczyłam. Jednak wolę wersję „na luzie” - taką z koszulą w kratkę, niegrzecznie odsłaniającą kawałek ciała, dżinsami i lekko nastroszoną fryzurą. 
"Tej jesieni jest jakiś inny, ale pozytywnie", pomyślałam. 
         Błysk w oku, który zauważyłam po dobrej minucie, sprawił, że z mojej twarzy zniknął uśmiech. Gdzieś przeczytałam, że tak rozpoznaje się osobę zakochaną. A więc wszelkie moje nadzieje zostały pogrzebane. W głowie miałam milion myśli na sekundę. Chciałam wyjść, ale co powiem Wiktorii? Ona jeszcze nie wie o cichym uczuciu do Kuby.
         Próbowałam się opanować i uspokoić, ale dopiero teraz zauważyłam JEGO wzrok wbity w moją twarz. Pewnie miałam głupią minę, bo z czegoś się cieszył. Leniwie się do niego uśmiechnęłam i odwróciłam głowę.
         -No. Nareszcie skończyła nawijać. - Wiktoria sprawiała wrażenie zadowolonej z końca początku. - Myślałam, że nigdy nie skończy. W życiu nie słyszałam większych bzdur.
         -Mówiła coś ciekawego? Czy tylko: bla, bla, bla? - spytałam od niechcenia.
        -Tak, jeżeli do rzeczy ciekawych zaliczysz ględzenie o regulaminie, systematycznej nauce i innych tego typu sprawkach - westchnęła.
         -Czyli nic mnie nie ominęło.
         -Co masz na myśli? - zapytała z lekką ironią w głosie.
         -Eh, nieważne. Potem ci opowiem - spojrzałam na nią nieco zawstydzona.
         Przed oczami stanęła mi sytuacja sprzed kilku chwil.
         -No, dobra - wyglądała na rozczarowaną. - Trzymam cię za słowo. To jak, pizza?
         -Kochana, jak ty mnie znasz! Ale od dłuższego czasu jestem na diecie, przez wakacje trochę przytyłam. Uprawianie sportu w niczym nie pomaga.
         Moja przyjaciółka jest chuda jak patyczak, dlatego nie rozumie, co to znaczy mieć kilka kilogramów nadwagi.
         -To może chociaż sok pomarańczowy? - kusiła mnie dalej. - Denerwują mnie te twoje kompleksy. Daj sobie z tym już spokój.   
         -Kiedy nie mogę! To mnie dręczy! Ale nieważne. Chodźmy.
         Po drodze Wiktoria cały czas patrzyła na mnie z zaciekawieniem. Przez chwilę pomyślałam sobie, że domyśla się, o co chodzi. Ale przecież nigdy jej o tym nie mówiłam. Przez dziesięć minut szłyśmy chodnikiem, rozmawiając o wakacyjnych przygodach. Okazało się, że Wiki znalazła sobie chłopaka. Jakie to romantyczne!
         Poznali się zupełnie przypadkiem, kiedy Wiktoria była na zakupach w sklepie samoobsługowym. Brała wszystko, co miała na liście, którą dała jej mama, ponieważ miały tego wieczoru zaprosić znajomych i urządzić grilla na małej działce. Nagle okazało się, że półka z czipsami była za wysoko jak dla niej i nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby jej pomóc. Nagle ni stąd, ni zowąd, pojawił się Maciek. Zapytał, czego potrzebuje, podał jej i przedstawił się. Przez chwilę na nią patrzył z szerokim uśmiechem, potem zrobił jej zdjęcie telefonem i wymienili się numerami.
Zapraszał Wiktorię na długie wieczorne spacery, dzwonił i niby przypadkiem, przez pomyłkę, kilka razy w tygodniu przechodził obok jej domu. W końcu zaprosił ją nad staw, do parku i odważył się na wyczekiwane przez nią pytanie: „Chcesz być ze mną?”.
     Czy mogła odmówić? Skąd! Maciek był wręcz aniołem, zawsze pomagał Wiktorii i jej mamie, gdy nie mogła sobie z czymś poradzić, a taty nie było w pobliżu. W tym dniu był ubrany bardziej elegancko, nawet kupił czerwoną różę. Dziewczyna z radością się zgodziła, bo czuła, że jest między nimi chemia. Przyjęła różę i - nie zauważyła kiedy - poczuła jego usta na swoich.
         -To był mój pierwszy prawdziwy pocałunek z chłopakiem! I wiesz? Nigdy go nie zapomnę! - opowiadała z żyłką podniecenia. - Potem spojrzał mi głęboko w oczy i się uśmiechnął. To był...
         W tym momencie, jak na rozkaz, przestałam słuchać przyjaciółki i w głowie po raz kolejny miałam tą scenę. Nieskazitelnie śliczny chłopak, patrzący w moje oczy. Nie chciałabym widzieć swojej miny, gdy to zauważyłam.
         Poczułam się strasznie głupio, że nie umiem wyrazić swoich uczuć, że nie jestem w stanie powiedzieć Kubie, że jestem w nim szaleńczo zakochana.
       -Edzia... Edzia!!! - przyjaciółka niemal krzyczała. - Co się z tobą dzieje? Jesteś jakaś dziwna i zbladłaś. Wszystko w porządku?
       -Tak, jasne. Zamyśliłam się trochę. Przepraszam. Więc od kiedy jesteście razem?
     Spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, ale zaraz uśmiechnęła się i odpowiedziała:
      -Pięć tygodni, cztery dni... - uniosła rękę z zegarkiem - dwadzieścia dwie godziny i... - odczekała kilka sekund - cztery minuty.
      -Wspaniale! Nie wiedziałam, że dokładnie liczysz.
      -Normalnie pewnie bym nie liczyła, ale Maciek jest dla mnie kimś wyjątkowym. Kochamy się i nie traktujemy naszego związku jak wakacyjną przygodę.
       -Rozumiem - dodałam z nutką zazdrości.
         Ta to ma szczęście. Spotkała wspaniałego chłopaka, który nieba by jej uchylił, byle była szczęśliwa.
      Doszłyśmy do pobliskiego baru. Zamówiłam sok dla siebie i pizzę z podwójnym serem i pieczarkami dla Wiktorii.
       -Więc...? - zaczęła zdanie, kiedy już usiadłyśmy przy stoliku.
       -Więc, co? - domyślałam się, o co chodzi, ale chciałam mieć więcej czasu na znalezienie dobrych słów.
       -No, miałaś mi powiedzieć, co jest grane. Pamiętasz?
       -Ach, tak, pamiętam. Przepraszam.
       -Więc? - powtórzyła pytanie.
       -Wiesz, długo zastanawiałam się, czy ci o tym powiedzieć. Ale i tak byś się o tym w końcu dowiedziała. Tylko proszę, nikomu o tym nie mów, pod żadnym pozorem.
         Kiwnęła głową. Jako najlepsza przyjaciółka potrafiła dotrzymać tajemnicy, jednak jeśli chodziło o zwykłych znajomych, często zdarzało jej się ujawnić jakiś sekret. Jestem osobą bardzo nieufną, ale wiedziałam, że na nią mogę zawsze liczyć.
       -Kurczę, nie wiem od czego zacząć...
       -Najlepiej od początku - uśmiechnęła się Wiki.
       -Dobrze - byłam trochę stremowana, w końcu pierwszy raz mówiłam swojej przyjaciółce o tym, że ktoś mi się podoba.
       -Chodzi o chłopaka? Kochana! Jak się cieszę! Będziemy mogli umawiać się na podwójne randki, razem chodzić do kina i w ogóle! Wiesz, przez chwilę czułam się źle ze swoim szczęściem, ale teraz, kiedy ty też...
       -Nie, Wiki! - przerwałam jej. - Naprawdę, chciałabym, żeby tak było, ale to jest o wiele bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje. Chodzi o to, że jest taki jeden...
       -Ha! - znowu mi przerwała. - Wiedziałam! Ten twój błysk w oku mówił sam za siebie. Wprawdzie widzę go pierwszy raz, ale umiem rozpoznać takie rzeczy.
       -Wiesz, znasz go. I to bardzo dobrze.
         Wiktoria znała prawie wszystkich chłopców w szkole. Z każdym się kumplowała, dlatego nie wiedziała, o kogo chodzi.
       -Znam wiele osób. Możesz jaśniej?
         Popatrzyłam na nią, a potem na mój sok. Wzięłam głęboki oddech i wypuściłam powietrze.
       -To... to Kuba! - powiedziałam, cały czas gapiąc się na szklankę z sokiem.
       -Uuu.. Robi się gorąco. Ten z 3b? - wyglądała na wyraźnie podnieconą moim wyborem.
       -Nie. Ten z 2d.
       -Chwileczkę. Niech się zastanowię... - Minęło kilka sekund, zanim ją olśniło. - Przecież my chodzimy do 2d! - Wiki wstała z wrażenia. - Żartujesz sobie?
        -Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała. - Podniosłam na nią wzrok. - Kiedy go dzisiaj zobaczyłam, serce mi na chwilę stanęło. Podobał mi się już wcześniej, ale...
       -Co?! - Była wyraźnie oburzona. - Podobał ci się chłopak i nic mi nie powiedziałaś?! Jestem na ciebie okrropnie zła! Trzy... Dwa... Jeden... No, już mi przeszło. - znowu się uśmiechnęła.
         Parsknęłam śmiechem.
      -Przepraszam. Drgnęło mnie już rok temu, kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy. Nie było to jakieś wielkie uczucie, więc starałam się o nim nie myśleć. Aż do dzisiaj... - na chwilę się zatrzymałam.
       -Co: do dzisiaj? - zapytała Wiktoria.
      -Teraz wydaje mi się inny, fajniejszy. Wygląda tak, że mogłabym go zjeść jak chrupki orzechowe w czekoladzie.
      -Tak, lepiej się do niego nie zbliżaj - roześmiała się. Zna moją miłość do wszystkiego, co ma na opakowaniu napis: „Czekoladowe”, albo: „Z dodatkiem czekolady”.
         Opowiedziałam jej o dzisiejszym zdarzeniu. Wydawała się być zaskoczona moim zauroczeniem, bo swoją pizzę zajadała tak, jakby ją mieli zaraz zabrać i nigdy nie oddać. Nie patrzyła na to, co je, tylko na mnie. I nie spuściła wzroku, dopóki nie skończyłam.
      -Jakie to romantyczne! Na pewno mu się podobasz! - powiedziała, przełykając szósty już kawałek pizzy.
      -Przestań, nigdy nie zwracał na mnie uwagi, to po co miałby to robić teraz? Prawie się nie zmieniłam przez wakacje, a poza tym nie jestem zbyt ładna.
         Moja przyjaciółka prawie się zadławiła.
      -Co?! Żartujesz sobie?! Jesteś bardzo ładna, tych kilku kilogramów, o których mówisz z taką rozpaczą, w ogóle nie widać. Jedyne, co jest w tobie minusem, to twój brak pewności siebie.
      -Nie jestem ładna i dobrze o tym wiesz. Dlaczego nigdy nie chcesz tego przyznać?
      -Bo tak nie myślę.
      -Myślisz.
      -Właśnie, że nie! Nie kłóć się ze mną, bo i tak wiesz, że nie wygrasz.
         Miała rację. Takie kłócenie się nie miało sensu. Zawsze była w tym lepsza ode mnie.
      -Niech ci będzie. Jestem ładna - powiedziałam, w duchu cały czas powtarzając sobie słowo: „Brednie!”. - Zadowolona?
      -Tak.
      -Ale to nie zmienia faktu, że Kuba się mną nie interesuje.
      -Słuchaj...
         W tej chwili podeszła do nas kelnerka i spytała, czy czegoś nie potrzebujemy. Wiktoria poprosiła colę, a ja wzięłam to samo, co wcześniej.
       -Słuchaj - zaczęła przerwaną rozmowę. - Jeśli chcesz, a wiem, że tak, to mogę go spytać.
      -Co?! - spytałam głośnym i zdenerwowanym głosem. - Nie możesz tego zrobić!
    Chyba zrobiłam się czerwona jak burak, bo jakiś mężczyzna siedzący przy stoliku obok zasugerował po cichu swojej żonie, że współcześni nastolatkowie przesadzają z opalaniem.
       -Dlaczego? - nieco posmutniała.
      -Bo tak. Nie może się dowiedzieć, że się w nim podkochuję. Powiedziałby wszystkim kolegom i nazwał ofermą i idiotką. Oni już tak mają.
       -Dobrze, nie będę się z tobą sprzeczać. Nie chcesz, to nie, ale wiedz, że uważam, iż powinnaś mu powiedzieć, choćby nie wiem co.
       -A może po prostu o nim zapomnę? Tak chyba będzie dla mnie  najlepiej.    
      -Jak chcesz. Szkoda, jeśli okazałby się tym jedynym... - spojrzała na mnie wzrokiem, jakiego nigdy nie widziałam. Jej mocno brązowe oczy wpatrywały się w moje.
       -Trudno. Poczekam, aż spodobam się komuś innemu. Nie, chwileczkę! Przecież ja nie mogę się podobać! - roześmiałam się.
       -Kiedyś cię zabiję za to twoje głupie gadanie – odrobinę spoważniała.
       -Mówię, co myślę. To jak, idziemy? - starałam się zmienić temat.
       -Jasne.
   Zapłaciłyśmy i chwilę później szłam obok niej chodnikiem, którym przechodziłyśmy wcześniej. Wiktoria opowiedziała mi o zaletach i wadach Kuby. Okazało się, że tych pierwszych ma o kilka tuzinów więcej. 
"I jak tu go nie lubić?", zastanawiałam się, kiedy przechodziłam przez jezdnię. Teraz wiedziałam o nim jeszcze więcej. I zrozumiałam, że nie mogę go sobie wybić z głowy. To by było zbyt bolesne. Muszę walczyć.
Najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość.

1 komentarz: