sobota, 14 stycznia 2012

Rozdział I.

Rozdział I zawiera krótki wstęp, akcja rozwija się dopiero w kolejnych ;] Jeśli chodzi o cytat na dole, to jest on moim pomysłem, taka myśl przewodnia dla całego rozdziału. Miłego czytania!

Rozdział pierwszy

     Wszystko zaczęło się pewnego dnia, kiedy szkolny dzwonek zadzwonił po raz pierwszy. Nowa szkoła, nowi ludzie, nowa klasa, a w niej 30 osób, które już zdążyły podzielić się na dwie grupy - tą fajną i we wszystkim najlepszą elitę, złożoną z tych bogatych i wygadanych, dla których najważniejszym celem było zdobycie jak największej popularności i uznania ze strony innych. Efekt był raczej odwrotny - stali się znienawidzeni i nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Oni sami tego nie widzieli, bo byli zbyt zapatrzeni w swoje lustrzane odbicia.
         Drugim elementem tego nieco dziwnego podziału klasowego są ci niepopularni, bez świecących ciuchów i niewyparzonego języka. Każde ich słowo, nowa znajomość są dokładnie obserwowane i analizowane krok po kroku przez elitę, a potem wyśmiewane na forum. Wszystko, co robią, jest złe, a przynajmniej gorsze od nich samych. Niepopularni byli i są odwiecznymi wrogami księżniczek i królewiczów, którzy myślą, że mogą wszystko.
         Ani elita, ani „słabiaki” nie mogli zrozumieć tych drugich, tak, jakby byli z innej planety. Właśnie dlatego żadna dziewczyna od tych gorszych nie zwracała uwagi na chłopców od tych fajnych, nawet jeśli byli wręcz idealni. Byłam chyba jedyną osobą która złamała tę zasadę, bo jak można nie zwrócić uwagi na kogoś TAKIEGO?
         On jest wysokim i szalenie przystojnym brunetem o uwodzicielskich oczach znanego aktora. Sprawia wrażenie, jakby nie miał wad - uroda, elegancja, poczucie humoru, wyczucie stylu - wręcz ideał. Dodatkowo sportowiec wyższej klasy i wzorowy uczeń. Nie zdziwił więc nikogo fakt, że bez składania jakichkolwiek próśb i błagań, stał się tym „sławnym”. Już wtedy, na początku pierwszej klasy nauki w liceum, widziałam w nim człowieka, nie zwierzę. Nie był aż tak wredny, jak pozostali, ale czasami jego szczerość była zbyt ostra. Raczej nie zwracał uwagi na zwykłe dziewczyny. Gdy tylko zobaczył u którejkolwiek z dziewcząt jakieś fajne i rzucające się w oczy ubranie albo dodatek, od razu musiał go dokładnie obejrzeć i ocenić. Rzadko krytykował, komplementy były u niego na porządku dziennym.
         A ja? - wyjątkowo nieśmiała osoba o mocno piwnych oczach, przeważnie grzeczna i kulturalna, postrzegana jako kujon, ścisłowiec. Dziewczyna z kilkoma tuzinami wad, nie dostrzegająca w sobie żadnych zalet i wartości. Nie mam wyszukanego stylu ubierania i wypowiadania się, ale ktoś stwierdził, że niby jestem zwyczajna, a jednak niepostrzeżenie wyjątkowa. Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie tak stwierdził, ale być może jest w tym trochę racji. Jak można wywnioskować, nie należałam do grupy lubianych. Ciągle wytykali mnie palcami, stałam się nikim, byłam samotna jak zagubiony bezpański pies, błąkający się bez celu.
         Czy byłam zauważana? Tak, przez nauczycielkę polskiego, która widziała we mnie jeszcze nieoszlifowany diament. Cóż, pisałam w miarę dobre wypracowania, miałam bardzo bogate słownictwo i ogromną wiedzę na temat ortografii. Tak przynajmniej wmawiano mi od dziecka, a ja tylko musiałam w to uwierzyć. Była jeszcze nauczycielka chemii, która podobno podziwiała we mnie talent do systematycznej i wytrwałej nauki. Do dziś nie wiem, czym się sugerowała, opowiadając mojej mamie takie głupoty, ale średnio mnie to interesuje.
         W każdym razie osoby, które mnie zauważały, można było policzyć na palcach jednej ręki.
         Mijały dni, tygodnie, miesiące. Przez cały rok, jak stwierdziło wiele osób, potwornie się zmieniłam. Jedni uważają, że na lepsze, inni, że na gorsze. Osobiście popieram tych pierwszych. Zmieniłam fryzurę, zrzuciłam kilka kilogramów, stałam się bardziej lubiana.
         Znalazłam przyjaciółkę, jak się później okazało, prawdziwą. Trochę o nią musiałam powalczyć, zupełnie nieświadomie. Uzmysłowiłam sobie to dopiero niedawno, kiedy zastanawiałam się, czy pchanie się w przyjaźń ma w ogóle sens. Wiktoria zawsze mnie wspierała i bez względu na czas i miejsce, w jakim się znajdowała, mogłam do niej zadzwonić i spokojnie się wygadać. Oczywiście, to działało też w drugą stronę, z tą różnicą, że Wiki nie miała tyle zmartwień i kłopotów sercowych. Wreszcie poznałam smak prawdziwej przyjaźni.
” Samotnym jest się także między ludźmi.







1 komentarz: