piątek, 3 lutego 2012

Rozdział IV

Rozdział IV, trochę dłuższy od poprzednich. Styl w tym rozdziale może nieco różnić się od poprzednich, dlatego, że pomiędzy pisaniem trzeciego i czwartego był dość długi odstęp czasu.


                                                                                            
Rozdział czwarty


        Trzy tygodnie później, Wiktoria, według moich przepowiedni, bezapelacyjnie została przewodniczącą szkoły. Mina Ropuchy w chwili ogłoszenia wyników była bezcenna. Nagle kilku chłopców wzięło Wiki na ręce i zaczęło ją podrzucać wysoko do góry. Bardzo cieszyłam się z jej sukcesu. Szczerze wierzyłam, że uda jej się zrealizować dużo zamierzeń. Pierwszym z nich była szkolna dyskoteka, która miała się odbyć w przyszły czwartek. Postanowiłam, że pójdę, nawet, jeśli będę musiała podpierać ścianę przez kilka godzin.
         Wiktoria wręcz kazała mi zrobić się na bóstwo. Byłam ciekawa, co u niej znaczy to słowo, bo ja, na przykład, interpretowałam to w taki sposób, że dziewczyna, po „zrobieniu się na bóstwo”, wygląda jak bogini i wyraźnie wyróżnia się wśród innych. W moim przypadku było to niemożliwe, bo jestem zbyt brzydka, by wyglądać ładnie. No, ale Wiki może sobie mówić dużo rzeczy, bo jest ładna i tego świadoma. Umie podkreślić wszystkie swoje atuty, zaczynając od delikatnych rysów twarzy, aż po niesamowicie długie nogi. Mogłam postawić milion na to, że założy krótką mini albo szorty i top. Gdyby nie szkolny regulamin, który zakazywał nosić tego typu ubrania, z pewnością zakładałaby ciuchy, które w stu procentach podkreślałyby jej atuty. Wiktoria ma w nosie regulamin i kiedyś chodziła, jak jej się podobało, ale Dyra-Satyra zagroziła jej, że nie zda do następnej klasy, a w najgorszym wypadku wyrzuci ją ze szkoły, jeśli nie zacznie go przestrzegać. Wtedy trochę opanowała swoją buntowniczą naturę i zaczęła nosić dłuższe spodnie i bluzki zakrywające ramiona. Nie była z tego powodu zadowolona, chciała nawet odpłacić się dyrektorce złośliwym żartem, ale na szczęście ją powstrzymałam.
         Dyskoteka zaczynała się o 19, więc ustaliłyśmy, że dwie godziny na przygotowanie się w zupełności wystarczy, choć i tak wiedziałam, że Wiktoria będzie się wracać do domu co najmniej raz, bo zapomni tuszu do rzęs albo krwistoczerwonej szminki, z którą prawie nigdy się nie rozstaje. Umówiłyśmy się, że po szkole tylko odniosę plecak do domu, potem pójdziemy do Wiktorii, zjemy obiad, pogrzebiemy w jej szafie i zaczniemy się przygotowywać. Nie mogłam się doczekać tej dyskoteki, bo to będzie moja pierwsza w liceum. W zeszłym roku nie chodziłam, bo brakowało mi pewności siebie, poza tym nie miałam z kim iść. Cały czas wydawało mi się, że koleżanki z klasy mnie obgadywały, naśmiewały się ze mnie. Nie było to miłe, tym bardziej, że potem każda chciała usiąść ze mną w ławce, kiedy był sprawdzian albo kartkówka z chemii. Miałam zbyt dobre serce, żeby odmówić, a nawet jeśli odmówiłam, to i tak nie miało to większego znaczenia. One i ich oceny są ważniejsze od tego, co ja czuję, kiedy mnie tak traktują. Czułam się samotna, nie miałam z kim o tym porozmawiać. Dlatego nie chodziłam na dyskoteki. I tak nikt nie zechciałby ze mną tańczyć, bo z góry było założone, że kujony nie mają szans na zaistnienie w grupie. Podczas kiedy inni świetnie się bawili, ja siedziałam przed komputerem i czatowałam z ludźmi o podobnych zainteresowaniach do moich. Przynajmniej oni wiedzieli, co czuję, bo mieli prawie takie same sytuacje jak ja. Czasem wychodziłam na spacery, słuchałam ulubionej muzyki lub tłumaczyłam lekcje Natalii, bo nie zawsze potrafiła zrozumieć materiał omawiany na lekcji.
         Na tą dyskotekę postanowiłam pójść ze względu na Wiktorię. W końcu to ona ją zorganizowała jako przewodnicząca i trochę głupio by wyszło, gdybym nie przyszła. Założę się, że po pięciu minutach zostawi mnie samą dla jakiegoś chłopaka, który od razu straci dla niej głowę. Trudno. Usiądę pod ścianą, tak jak wszyscy, którzy nie zostali przez nikogo zaproszeni do tańca. Próbowałam sobie wmówić, że teraz będzie inaczej, ale wbrew wszystkiemu sama sobie nie wierzyłam. Postanowiłam porozmawiać o tym z przyjaciółką, ale dopiero po zabawie. Nie chcę jej psuć nastroju. Usiądę przy laptopie, z którego będzie puszczana muzyka i nawet nikt nie zauważy, że tam jestem. Wtopię się w tłum – jak zawsze.
         Zgodnie z umową najpierw poszłyśmy do mnie, wzięłam torebkę i ubrania, których i tak pewnie nie założę, bo wyglądam w nich grubo, jak we wszystkich ciuchach, które mam. Kiedy jadę na zakupy z mamą i przymierzam jakąś bluzkę lub spodnie, ta zawsze mówi, że wyglądam dobrze, nigdy nie krytykuje. Tata, który czeka tylko po to, żeby zapłacić, potakuje lub mówi coś w stylu: „Gdybym był dziewczyną taką ładną jak ty, na pewno kupiłbym tą bluzkę”. Trochę mnie to denerwowało, ale przecież rodzice nie powiedzą niczego swojej córce, co mogłoby ją urazić. Jeśli jadę gdzieś z Wiktorią, obie bierzemy te same ubrania, przymierzamy i oceniamy, która z nas wygląda w nich lepiej. Odpowiedź przeważnie była oczywista, aczkolwiek było kilka ciuchów, które na Wiki leżały jak wielki worek, bo najzwyczajniej była za chuda. Ja mam szersze ciało i wyglądałam trochę lepiej. Co do oceny ze strony mojej przyjaciółki, to przeważnie zachowywała się jak moi rodzice. Czasem, jeśli w czymś wyglądałam naprawdę źle, wręcz koszmarnie, mówiła szczerze, ale delikatnie, że to na mnie nie pasuje. Najbardziej zadowolona wychodzę, kiedy na zakupach jestem sama. Przymierzę, a jeśli stwierdzę, że pasuje dla mnie, dla upewnienia pytam osób pracujących w sklepie. Oni znają się na tym najlepiej i nie szczędzą krytyki, czasem nawet doradzą. Początkowo wstydziłam się odezwać do obcych ludzi, ale gdy zobaczyłam, że inni ludzie swobodnie pytają o takie rzeczy, ja też zaczęłam.
         Kiedy doszłyśmy do domu Wiktorii, była czwarta po południu. Zaniosłam swoje rzeczy do pokoju Wiki, umyłyśmy ręce i zasiadłyśmy do stołu. Byłam ciekawa, co przygotowuje jej mama, bo zapachy unoszące się po całej kuchni były wręcz nie z tej ziemi. Nic dziwnego – status szefa kuchni w ekskluzywnej restauracji zobowiązuje. Zapytałam, co to jest, jednak dostałam wymijającą odpowiedź.
         -Ulubiona potrawa mojej córki. Na pewno wiesz – odparła tajemniczo.
         Zaczerwieniłam się, bo tak naprawdę nie wiedziałam, co Wiktoria lubi najbardziej. Było mi trochę głupio. Uśmiechnęłam się tylko i spuściłam wzrok.
         -Nie przejmuj się – pocieszała mnie przyjaciółka. - Przecież nie wiesz o mnie wszystkiego. A skoro moja ulubiona potrawa nie jest ci znana, to będziesz musiała poczekać, aż mama skończy. Może spróbujesz odgadnąć, co to jest? – uśmiechnęła się.
         -Ok, ale może jakaś podpowiedź? -  zgodziłam się. - Sprecyzuj dokładniej.
         -Więc... Hmm... Jest to potrawa średnio kaloryczna, chociaż mój tata twierdzi, że ma zbyt dużo kalorii.
         Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to pizza. Przypomniałam sobie ten dzień, kiedy z wielkim zapałem jadła ją, podczas kiedy ja opowiadałam jej o Kubie... I nagle zapomniałam o wszystkim, co działo się wokół mnie.
         Kuba.
         W myślach odtworzyłam jego twarz, nieziemskie spojrzenie hollywoodzkiego aktora i oszałamiający uśmiech, który za każdym razem wprawiał mnie w zachwyt. Tą twarz, która ciągle mi się śni, wraca każdego dnia, kiedy natknę się na coś, co kojarzy mi się właśnie z nim. Chciałabym być zauważona przez niego. Chciałabym być z nim choć chwilę sam na sam. Chciałabym, aby wszystko potoczyło się tak, jak to sobie wyobrażałam, kiedy godzinami, zamiast uczyć się, myślałam o nim, co zrobiłabym w sytuacji, kiedy go przypadkiem spotkam lub niespodziewanie do mnie przyjdzie, żeby porozmawiać. W gruncie rzeczy wiedziałam, że przy normalnych warunkach to się nie wydarzy, ale każda taka myśl była czymś bardzo przyjemnym, czymś, co przyprawiało mnie o dreszcze, ale też częsty uśmiech. Mimo że zdawałam sobie sprawę, że nie jestem w typie Kuby i przyjmowałam do wiadomości, że może mnie nie lubić, jednak nie odpuszczałam i wciąż w głębi mojego serca tkwiła mała iskierka nadziei na zwrot akcji. Liczyłam na to, że wreszcie uda mi się z nim porozmawiać. Muszę tylko znaleźć wspólny temat. Tylko jaki? Hmmm... Tak! Przecież Kuba gra w ręczną! I moja kochana jedyna siostra też! Muszę tylko wyciągnąć od niej parę informacji, obejrzeć kilka meczy i zdjęcia najlepszych szczypiornistów oraz zorientować się, kto gra w szkolnej drużynie. W gruncie rzeczy wydawało mi się to banalnie proste, w końcu znam całkiem niezłą szczypiornistkę – moją siostrę. Wypytam ją o kilka rzeczy i długą satysfakcjonującą rozmowę z Kubą mam gwarantowaną. Może zacznę już na dzisiejszej dyskotece? Tak, to dobry pomysł. I jeśli wszystko się powiedzie, jutro na korytarzu lub na którejś z lekcji zagadam i pociągnę rozmowę w inną stronę. Może wtedy przekona się do mnie? Chwila! Przecież to nie w moim stylu! Nie umiem być wyluzowana, zwłaszcza przy kimś, kto mi się tak szalenie podoba! Nie, to się nie może udać.
         -Edzia, Edzia, Eeeeeedziaa!
         Szybko się otrząsnęłam. Uświadomiłam sobie, że tkwiłam w myślach przez dobre kilka minut, nie zdając sobie sprawy, że Wiki i jej mama patrzą na mnie. A jeśli mówiłam coś, czego nie powinnam? Mam przechlapane...
         -Edzia, co się dzieje? - Wiktoria wyglądała na zaniepokojoną.
         -Nic, nic. Zamyśliłam się. Zresztą wiesz, jak jest – odpowiedziałam trochę tajemniczo. Zakładałam, że mama Wiktorii o niczym nie wiedziała.
         -Hmm. No, tak. Racja – od razu domyśliła się o kogo chodzi.
         -To... - zaczęłam niepewnie. - O czym mówiłyśmy? A, tak. Twoja ulubiona potrawa.  Może jeszcze jakaś podpowiedź? Bo kaloryczność niewiele mi mówi.
         Pani Jadwiga spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, jakby domyślała się, co było przyczyną mojego zamyślenia, ale najwyraźniej nie chciała poruszać tego tematu. Większość matek od razu rzuciłaby serię pytań o tym, o kogo chodzi itp. Ale nie mama Wiktorii! Zresztą ona jest bardzo miłą i łagodną osobą, a do tego zadbaną i posiadającą niezwykłą urodę. Kiedy w weekendy przychodziłam do Wiktorii, żeby się z nią pouczyć, pani Jadzia nigdy nam nie przeszkadzała, zrobiła tylko herbatę i życzyła miłej nauki. A kiedy wkuwałyśmy zbyt długo, wchodziła do pokoju, uprzednio pukając, i zapraszała nas na obiad. Mistrzowski obiad. Taka mama z pewnością jest marzeniem wielu nastolatek, które najbardziej w swoim życiu potrzebują prywatności.
         -Podpowiedź numer dwa. Jest to jedna z najprostszych potraw ziemniaczanych.        
         -Hmmm... - zastanawiałam się przez dobre pół minuty. - Kluski śląskie? Są bardzo łatwe w wykonaniu, no i z ziemniaków.
         -Nie, ale blisko – Wiktoria złożyła ręce. - Zastanów się. Tak naprawdę moim ulubionym daniem jest paella - spojrzała na mnie i widząc, że nie mam zielonego pojęcia, co to jest, mówiła dalej. - To hiszpańska potrawa z ryżu i szafranu, czasem z dodatkiem owoców morza, mięsa lub warzyw. Po prostu coś nie z tej ziemi! No, ale to nie jest ważne. Wymyśliłaś już?
         Dopiero teraz poczułam znajomy mi zapach.
         -Już wiem! Placki ziemniaczane!
         -Brawo! - krzyknęły razem pani Jadwiga i jej córka.
         Uśmiechnęłam się trochę wstydliwie i zobaczyłam, jak Wiktoria wzrokiem próbuje mi powiedzieć, że mamy do pogadania. Nie musiała nic mówić. Czasem rozumiałyśmy się bez słów. Wzrok i gesty w powietrzu w zupełności wystarczały. Było to bardzo przydatne na sprawdzianach, kiedy jedna z nas czegoś nie wiedziała, a nauczycielka nie pozwoliła nam razem siedzieć, bo zawsze miałyśmy taką samą ilość punktów i wiedziała, że „nasz duet jest niebezpieczny”. Nie tylko ze względu na pomoc na klasówce, ale też dlatego, że czasem potrafiłyśmy rozmawiać przez całą lekcję, nie zwracając nawet uwagi na to, co dzieje się wokół. Często wtedy ponosiłyśmy tego konsekwencje, jak zostanie po lekcjach czy uwaga w dzienniku. Ale te czyny były jak rzucanie grochem o ścianę. Cóż, takie już jesteśmy. Kiedyś usłyszałam od nauczycielki plastyki, że Wiktoria źle na mnie wpływa. Chciałam jej odpowiedzieć, że jaskrawożółty kolor jej bluzki też źle na nią wpływa, ale się powstrzymałam.
         Po obiedzie poszłyśmy do pokoju Wiktorii numer dwa, czyli jej dużej szafy. W głowie mi się nie mieściło, jak można mieć tyle ubrań! Wszędzie wisiały jakieś ubrania, panował tam mały bałagan. Wszystko porozrzucane było po całym pokoju, odruchowo spojrzałam w górę na lampę z obawą, że i tam coś się znalazło.
         -Tak, wiem. Mam mały... ogromny bałagan. Ale nie miałam czasu posprzątać. Ciągle muszę się czymś zajmować – przerwała moje obserwacje Wiktoria.
         -Spoko. Nie musisz się tłumaczyć – uśmiechnęłam się.
         Podeszłam do swojej torby, którą wcześniej rzuciłam na podłogę i wyjęłam z niej ubrania, które wzięłam ze swojego domu.
         -Jak myślisz? Nadają się? - skrzywiłam minę. - Nie mam w domu nic lepszego.
         -Mogłaś powiedzieć wcześniej. Wzięłabym cię na zakupy, wybrałybyśmy coś. Ale – uważniej przyjrzała się bluzce w kolorze nude – ten ciuszek jest całkiem fajny. Kolor bardzo do Ciebie pasuje, a te falbanki uwydatnią twoją urodę.
         Roześmiałam się głośno.
         -Urodę? Co ty mówisz?!
         -Przestań gadać i chodź ze mną – Wiki spojrzała na mnie z uśmiechem. Wyczułam w tym jeden z jej genialnych pomysłów. Podeszła do krzesła, na którym leżała krótka dżinsowa mini. Domyśliłam się, że to dla mnie.
         -O, nie! Nie ma mowy! - krzyknęłam.
         -Najpierw przymierz. Potem mów. Zobaczysz jaka jesteś naprawdę. Zakładam, że w domu nie masz lustra.
         Kłóciłyśmy się przez pięć minut. W końcu uległam, co było dla mnie dziwne, bo byłam niezwykle uparta i zawsze stawiałam na swoim. Poszłam do łazienki, zdjęłam spodnie i włożyłam tę spódniczkę. Pasowała jak ulał, mimo że miałam większy brzuch i tył od Wiktorii. Przez chwilę się zawahałam. Z drugiej strony widziałam, jak mojej przyjaciółce zależało na tym, abym wyglądała jak najlepiej. Wróciłam z powrotem do szafy, niepewnie przebierając nogami. Mina Wiki, kiedy mnie ujrzała, była podobna do tego, kiedy w zeszłym roku poszłyśmy na koncert i gwiazda uznawana w całym kraju przeszła obok nas i ramieniem dotknęła ramienia Wiktorii.
         -Wyglądasz w niej jeszcze lepiej niż ja! Jest już twoja!
         Zawstydziłam się i spuściłam głowę.
         -Naprawdę tak myślisz?
         -Tak. I doskonale pasuje do tej bluzki, którą ze sobą przyniosłaś. Zaraz znajdziemy jakieś buty, ale najpierw do łazienki – rozkazała Wiktoria.
         Następne czterdzieści pięć minut spędziłyśmy w łazience przed lustrem. Na czyste twarze wrzuciłyśmy podkład odpowiedni do naszej cery, następnie, zgodnie z zaleceniami mistrzyni makijażu, Wiktorii, puder, trochę różu na policzki. Najgorzej było z wyborem koloru cieni do powiek. Wypróbowałyśmy chyba wszystkie możliwe, jakie były, jednak po długim zastanawianiu się ja wybrałam beżowy, który pasował do cery przeciętnej blondynki, czyli mojej, a Wiktoria fioletowy i złoty. Wyglądała o wiele lepiej niż ja, ale do tego już dawno się przyzwyczaiłam. Potem było już z górki – cienka kreska eyelinerem, tusz do rzęs, muśnięcie ust błyszczykiem i obejrzenie efektów. Wyglądałyśmy całkiem nieźle. Wtedy pierwszy raz pomyślałam sobie, że może wcale nie jestem taka brzydka. Nie mówiłam tego na głos, bo Wiki pomyślałaby sobie nie wiadomo co, samo myślenie mi wystarczało. Potem włożyłyśmy ubrania, które wcześniej wspólnie przygotowałyśmy. Następnym etapem były fryzury. Postawiłam na lekkie loki. Moja kochana przyjaciółka spięła włosy w wysoki kucyk. Dzięki temu jej ładne kości policzkowe były jeszcze bardziej widoczne. Podeszłyśmy do lustra prawie gotowe i dokładnie przyjrzałyśmy się sobie. Ja miałam na sobie ciemnoszarą spódniczkę mini i bluzkę w kolorze nude. Wiktoria włożyła śliczną granatową sukienkę, którą sama zaprojektowała i rysunek oddała do znajomej krawcowej. Kilka dni przed dyskoteką mogła odebrać efekty. Sukienka zachwycała lekkością, a kolor był świetnie dobrany. Jej wykonawczyni spisała się na medal. Odkrywająca ramiona i ukazująca niezwykle zgrabne nogi Wiktorii kreacja idealnie nadawała się na szkolną dyskotekę.
         Przyszedł czas na dodatki. Otworzyłyśmy ciemnobrązową szkatułkę z biżuterią Wiktorii. Mogłyśmy znaleźć tam wszystko – od kolczyków, przez pierścionki, łańcuszki aż po bransoletki. Postanowiłam nie przesadzać z ich wyborem, gdyż nie lubię, gdy cała błyszczę, oczywiście w znaczeniu negatywnym, od biżuterii. Na dnie znalazłam śliczne srebrne kolczyki,  przypominające pawie pióra. Od razu mi się spodobały, więc je włożyłam. Na szyi zapięłam swój naszyjnik z wisiorkiem – literą E, a na palec włożyłam pierścionek z dużym oczkiem w kolorze nude. Uznałam, że to wystarczy. Nie chciałam, aby mój strój był zbyt kompromitujący.
         Zaproponowałam Wiktorii kolczyki i pierścionek, które dostała od Maćka, ale odmówiła ze smutnym wyrazem twarzy. Nie chciałam się narzucać, więc nie dopytywałam, o co chodzi. Wolałam poczekać, aż sama zdecyduje powiedzieć mi, co leży jej na sercu. Wybrała więc długi naszyjnik w kształcie klucza, który sprawił, że jej kreacja wydawała się luźniejsza, bransoletkę i długie kolczyki.
         Został jeszcze tylko jeden element – buty. Do wyjścia zostało jakieś siedem minut, nie chciałyśmy się spóźnić. Konieczna była w miarę szybka decyzja. Urzekła nas jedna para – po długich konwersacjach doszłyśmy do wniosku, że pasuje do stroju Wiktorii. Wysokie niebieskie szpilki idealnie współgrały z całością oraz dodawały kobiecości. Byłyśmy co do nich zgodne. Coś idealnego znalazłyśmy też dla mnie – baleriny, które były bardzo wygodne i świetnie kontrastowały z całym strojem.
         Podeszłyśmy do wielkiego lustra w salonie. Już chyba wiedziałam, co to znaczy zrobić się na bóstwo! Wiktoria wyglądała świetnie! Musiałam przyznać, że i ja prezentowałam się dość ładnie. Byłyśmy gotowe do wyjścia. Sprawdziłyśmy, czy w torebkach mamy zgody rodziców, pieniądze i nasz „zestaw ratunkowy”, gdyby którejś rozmazał się makijaż lub zaistniała potrzeba jego poprawy. Znajdowały się tam: tusz do rzęs, błyszczyk oraz kilka wacików. Pani Jadwiga z uśmiechem życzyła nam udanej zabawy, pożegnałyśmy się z nią i wyszłyśmy.
         Po drodze opowiedziałam Wiktorii o moim zamyśleniu podczas obiadu. Wiedziała, że jeśli czegoś nie zrobię, w końcu wpadnę w depresję. Postanowiłyśmy spróbować podczas dzisiejszej dyskoteki. Tak właściwie to Wiktoria postanowiła. Ja i tak wiedziałam, że samo otworzenie ust będzie zwykłą porażką. Moja przemiana to tylko ulepszony wygląd zewnętrzny, w środku nadal jestem tą samą nieśmiałą osobą. Odkąd pamiętam, zawsze taka byłam. Wstydziłam się, kiedy ktoś chwalił moje małe osiągnięcia. Robiłam się czerwona, jak tylko ktoś nieznajomy zaczynał ze mną rozmowę, chciał mnie poznać. Nie wierzyłam więc, aby plan Wiktorii miał się powieść.
         -Słuchaj, zrobisz tak – popatrzyła na mnie poważnie. - Jak tylko wejdziemy do szkoły i go spotkamy, podejdziemy do niego i przywitamy się z nim. Postaram się nie odzywać, chociaż wiem, że to będzie dla mnie trudne. Zrobię to dla ciebie. Zapytasz go, co słychać, potem możesz zmienić temat i przejść do zabawy. I, na przykład, dowiesz się, czy ma zamiar zostać do końca, albo zapytasz, czy kogoś zaprosił. Potem rozmowa będzie sama się układać i nawet nie zauważysz, jak zaciągnie cię na parkiet.
         -Nie, żebym była pesymistką, ale to się nie uda. Sam jego widok odbiera mi mowę – odparłam.
         -Dasz radę. A jeśli naprawdę zaniemówisz, to ja zacznę, rozluźnisz się, a potem będzie już z górki. Słuchaaaaj – specjalnie przeciągnęła to słowo, aby zmanipulować mnie, wtedy musiałabym się zgodzić. - Naprawdę chcę, żeby udało ci się z Kubą, bo czasem mam dość tego twojego gadania o nim. I będę się bardzo cieszyć, jeśli między wami zajdzie coś więcej, bo wreszcie będziesz szczęśliwa.
         Jej promienny uśmiech nie przyjmował odmowy.
         -Okej, zobaczę, co da się zrobić. Postaram się najbardziej, jak będę umiała.
         -Mam pomysł. Kiedy będziesz z nim rozmawiać, pomyśl sobie, że rozmawiasz ze mną. Będzie ci łatwiej.
         -O, nie! Bo jeszcze powiem mu coś, czego będę żałowała – uśmiechnęłam się.
         Musiałam zmienić temat. Gdybyśmy przez całą drogę rozmawiały tylko o Kubie, szybko poddałabym się i nawet nie powiedziała mu „cześć”.
         -Więc, co z Maćkiem? Nie chciałam pytać wcześniej, wolałam, aż sama mi powiesz, ale ty ciągle nawijasz o Kubie i dalej nie wiem, co między wami zaszło.
         Wiktoria posmutniała. Było mi przykro, że zaczęłam ten temat, ale z drugiej strony nie chciałam, żeby miała przede mną jakieś tajemnice.
         -Zerwałam z nim - chyba zobaczyła mój zdziwiony wyraz twarzy, bo szybko dodała: -Nie, nie dlatego, że widziałam go z inną, czy coś w tym stylu. To była moja decyzja, szybka, ale przemyślana. Nie ma sensu dłużej z nim być, bo po co, skoro więcej go nie zobaczę?
         -Jak to? - spytałam. W głowie miałam milion myśli na sekundę. W moich wyobrażeniach tworzyły się najgorsze scenariusze.
         -Wyjechał. Do Ameryki. Rozumiesz? Za ocean! Będzie tam mieszkał przynajmniej do ukończenia studiów. Podobno tam mają lepsze warunki i łatwiej jest zdobyć pracę. Mówił, że było mu ciężko podjąć decyzję, bo mnie kocha, ale z drugiej strony przyszłość jest dla niego ważna, a studia w Nowym Jorku to spełnienie jego marzeń. Obiecywał, że codziennie będzie pisał maile, dzwonił, ale dla mnie to za mało. Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że mam chłopaka i nie zobaczę się z nim przez kilka lat.
         Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, więc nie mogłam wiedzieć, jak Wiktoria może się czuć.
         -Przykro mi. Na pewno Maciek nie chciał wyjeżdżać, tylko został do tego zmuszony. Przecież on cię kochał, to znaczy kocha. Jestem pewna, że wciąż o tobie myśli, tęskni – próbowałam ją pocieszyć.
         -Może i tak, ale prawdopodobnie już nigdy więcej go nie zobaczę – Wiktoria wyglądała na naprawdę smutną.
         -Chodź.
         W jakiś dziwny sposób znalazłyśmy się na środku drogi. Przytuliłam ją mocno. Wiedziałam, że tego potrzebuje. Może dyskoteka poprawi jej humor.
         -Postaraj się o nim nie myśleć. Dziś skup się tylko na sobie. To pierwsza dyskoteka w tym roku, tym bardziej, że zorganizowana przez ciebie.
         -Masz rację. Chodźmy - uśmiechnęła się. Wiedziałam, że postara się z całych sił i będzie się dobrze bawić.
         Przy wejściu musiałyśmy pokazać zgody rodziców i zapłacić za wstęp. Przywitałyśmy się z kolegami i koleżankami z klasy. Byli prawie wszyscy, oprócz trzech osób. Dwie z nich zapowiedziały, że nie przyjdą na dzisiejszą dyskotekę, trzecią był Kuba. To dziwne, że nie przebywa z resztą klasy. Przecież jest taki towarzyski. Nigdy nie ucieka przed ludźmi, nie wstydzi się rozmawiać z nieznajomymi. Musiało się coś stać. Było mi trochę przykro. To dla niego tak bardzo starałam się, aby wyglądać inaczej niż zwykle, zachwycająco, jak to mówi Wiktoria. Postanowiłam zebrać się i zapytać, co jest grane.
         -Gdzie jest Kuba? - spytałam, przerywając żywą dyskusję na temat dyskoteki i kolejnych, które nastąpią w przyszłości.
         Prawie wszyscy patrzyli na mnie, jakby zobaczyli ducha. Oprócz Ropuchy, która nie była tym zainteresowana. Czy to aż takie dziwne, że martwię się o kolegę z klasy? No, tak. Opinia o mnie wciąż nie zmieniła się. Nieśmiała, małomówna Edyta. Naprawdę muszę coś z tym zrobić.
         -Hmm. - odezwała się Magda, dziewczyna, z którą przyjaźniła się Wiktoria, ale pomiędzy nami też były dość dobre stosunki. - Z tego, ile powiedział, wywnioskowałam, że wrócił do domu, bo coś mu nie pasowało. Chyba chodziło o wygląd. Choć nie wiem, o co mu chodziło. Wyglądał świetnie.
"Jak zawsze", pomyślałam.
         W odpowiedzi uśmiechnęłam się, starając się nie zarumienić. Zdarzało mi się to bardzo często, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy chodziło o mnie. Nie znosiłam być w centrum zainteresowania. Bardzo mnie to denerwowało, ale czasem sytuacja tego wymagała. Przykładem może być zdarzenie z zeszłego roku, kiedy zajęłam drugie miejsce w rejonowym konkursie z chemii i przy całej szkole musiałam wyjść na środek, odebrać nagrodę i jeszcze uśmiechnąć się do zdjęcia. Emocje tłumiły się we mnie, ale starałam się je powstrzymać. Motywacją był fakt, że w przeciwnym razie okropnie wyjdę na zdjęciu, które szybko miało pojawić się na stronie internetowej naszego liceum. W efekcie na zdjęciu wyszłam, jakbym coś w tamtej chwili jadła. Ale starałam się nie przejmować tym faktem.
         -A dlaczego pytasz? - spytała Magda.
         -Tak, po prostu. Zdziwiła mnie jego nieobecność. To wszystko.
         Spojrzałam na Wiktorię w poszukiwaniu pomocy. Wiedziała, o co chodzi. Od razu wkroczyła do akcji. I właśnie za to ją kocham!
         -To co? Idziemy się bawić, czy będziemy tak tutaj stać? - nieco rozluźniła atmosferę.
         -Jasne, że się bawimy! - powiedział ktoś z naszej grupki.
         Zwolniłyśmy z Wiktorią.
         -Dziękuję ci! Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek mogłam mieć! - przytuliłam ją. - Chyba nikt się nie domyślił, co?
         -Nie, raczej nie - odpowiedziała. - Chyba uratowałam sytuację.
         -Jak dobrze mieć cię pod ręką. Idziemy? - zmieniłam temat.
         -Jasne!
         I nie zważając na nic, weszłyśmy na udekorowaną halę sportową. Muzyka rozbrzmiewała, większość przybyłych już się bawiła. Kilkanaście osób, tradycyjnie, podpierało ścianę. Wiktoria zaprosiła ich do zabawy, ale nie byli zbyt chętni, więc nie nalegała. Zastanawiające było tylko to, po co przyszli do szkoły, marnując swój czas, skoro i tak stoją pod ścianą i nawet nie rozmawiają.
         Jakoś nie potrafiłam tak po prostu zacząć się bawić. Było to dla mnie dziwne. Pewnie dlatego, że ta dyskoteka była moją pierwszą w liceum. W szkole podstawowej dyskoteki, o ile można tak nazwać te zabawy z maską i czerwonym strojem z czarnymi kropkami, nie należały do specjalnie udanych. Teraz byłam starsza i na pewno nie kręciło mnie przebranie biedronki.
         -Ja nie potrafię -  zwróciłam się do Wiktorii.
         -Co się znowu stało? - spytała.
         -Nie umiem tańczyć. Zbłaźnię się i tyle.
         Stanęła w miejscu na kilka sekund. Wiedziałam, że za chwilę do jej głowy wpadnie kolejny "genialny" pomysł. Miałam tylko nadzieję, że nie urządzi żadnych lekcji tańca dla amatorów, czy czegoś w tym stylu. Udusiłabym ją za taki czyn. Popatrzyła na mnie.
         -Chodź ze mną.
         Doszłyśmy do damskiej łazienki. Stanęłyśmy przed lustrem.
         -To jest bardzo proste. Ruszaj się tak jak ja.
         Zaczęła pokazywać ruchy, jakich "używa się" do piosenek, które najczęściej są puszczane na dyskotekach. Miała w tym wprawę, to było widać. Początkowo nie wiedziałam, co robić. Bałam się, że ktoś nas zobaczy i uzna za kompletne wariatki. Ale po kilku minutach, nie wiadomo skąd, mimo braku muzyki, słyszałam jedną z ulubionych piosenek w głowie i zaczęłam tańczyć w jej rytm.
         -Świetnie ci idzie - powiedziała Wiktoria z uznaniem.
         Uśmiechnęłam się. Po paru chwilach trochę się zmęczyłam i przestałam tańczyć.
         -Teraz pokażę ci, jak tańczyć z chłopakiem. Wiadomo, że to on będzie ciebie prowadził, ale musisz znać przynajmniej podstawy. Może zaczniemy od najprostszego. Umiesz liczyć do trzech? - zażartowała?
         -Nie, nie nauczyli mnie tak wiele - odpowiedziałam. - Jasne, że umiem.
         -Musisz tylko złapać rytm i tempo piosenki. Reszta pójdzie sama, bo kroki ciągle się powtarzają. Patrz: - liczyła, robiąc małe kroki. - Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy.
         Wydało mi się to proste. Patrzyłam na jej nogi i starałam się poruszać tak samo swoimi. Kiedy już weszłam we wprawę, Wiktoria pokazała mi, jak tańczyć z partnerem, jak zachowywać się przy obrotach, jak się poruszać podczas "wolnego". Byłam jej wdzięczna za wszystkie rady. Na pewno się przydadzą.
         -Nie ma za co. Teraz przetańczysz kilka godzin tylko z Kubą - uśmiechnęła się. - A potem będziecie...
         -Tak, tak. Żyli długo i szczęśliwie. Już to słyszałam.
         Przeglądnęłyśmy się w lustrze, musnęłyśmy usta błyszczykiem i wróciłyśmy na halę. Już tylko kilka osób "przytulało się" ze ścianą. Reszta z dobrymi humorami tańczyła w rytm muzyki. Niemal równocześnie zauważyłyśmy Kubę, który wszedł zaraz za nami. Wyglądał fenomenalnie. Dżinsy i koszula rozpięta pod szyją były idealnie połączone. Włosy lekko postawione dodawały mu uroku. Nie rozumiem, co on jeszcze chciał poprawiać, że musiał wracać do domu. Na jego szczęście, nie miał daleko, zaledwie kilkaset metrów. Jego dom znajdował się zaraz za skrzyżowaniem, po prawej stronie.
         -Cześć Wiktoria - powiedział. W tamtej chwili pomyślałam, że mnie nie zauważył - nie zdziwiło mnie to. Postanowiłam, że nie będę się tym przejmować. Odwróciłam się i trochę nieśmiało powiedziałam: Hej, Kuba.
         Kiedy mnie zobaczył, aż otworzył usta. Chciał się roześmiać?, zastanawiałam się. Obejrzał mnie z góry do dołu. Chyba nie mógł nic powiedzieć. Zaniemówił? Mnóstwo myśli kłębiło się w mojej głowie. Nastała niezręczna cisza, którą przerwała Wiktoria.
         -Po co wracałeś się do domu? - spytała.
         -Musiałem poprawić fryzurę. Wyglądałem jak frajer - skrzywił minę.
         -Przestań. Na pewno nie. Tak ci się tylko wydawało - odpowiedziała.
         Przez chwilę zapomniałyśmy o naszym planie. To znaczy ja zapomniałam. Wiktoria, jak się później przyznała, działała cały czas. Przez chwilę rozmawialiśmy. Po paru chwilach, ni stąd, ni zowąd, Wiktoria zniknęła. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Nie chciałam poruszać tego tematu, bo domyśliłam się, o co chodziło. Przecież tak właśnie miałyśmy działać. O zniknięciu nic nie wiedziałam, ale po niej można się spodziewać dosłownie wszystkiego.
         -Więc - nieśmiało zaczął rozmowę Kuba. - Jak się bawisz?
         -Dopiero weszłyśmy, bo Wiktoria wymyśliła... Nieważne - nie chciałam opowiadać mu tej historii z nauką tańca. Nigdy się do niej nie przyznam. To była najgłupsza rzecz, na jaką kiedykolwiek się zgodziłam. - Mam nadzieję, że będzie fajnie.
         -Może zatańczysz? - zaproponował nagle, kiedy zastanawiałam się, co jeszcze powiedzieć.
         Serce podeszło mi do gardła. Poprosił mnie do tańca! Miałam wrażenie, że to wszystko jest tylko pięknym snem, z którego za chwilę obudzi mnie mój budzik i będę musiała iść do szkoły. Jednak to było zbyt realistyczne, żeby mogło być snem! Tak, to była prawda! To działo się naprawdę!
         -T...taak. Jasne.
         W tej chwili zapomniałam wszystkiego, czego uczyła mnie Wiktoria. Zapomniałam, jak liczy się do trzech. To było piękne i zarazem dziwne uczucie. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Pierwszy raz miałam zatańczyć z chłopakiem. Niezmiernie bałam się, że zrobię coś nie tak i Kuba nigdy więcej nie będzie chciał ze mną tańczyć i rozmawiać. Moje mieszane uczucia kumulowały się, ale starałam się je powstrzymać, mimo że było to trudne.
         Kiedy weszliśmy na środek, właśnie skończyła się piosenka. Jak na złość, Dominik, który operował sprzętem, włączył powolną piosenkę. Wprawdzie bardzo lubiłam jej słuchać, kiedy było mi smutno, wtedy nie myślałam o przyczynie mojego smutku, tylko o tym, jak bardzo wielbię tą piosenkę. Z drugiej strony wolne utwory są raczej dla zakochanych par. Byłam zakochana, ale bez wzajemności. Zaproponowałam Kubie, żebyśmy poczekali kilka minut i potem zatańczyli przy szybszej piosence. Ten jednak nalegał i w końcu zgodziłam się. Początkowo staliśmy daleko od siebie, jakby dzieliła nas jakaś niewidzialna bariera, której nie możemy przekroczyć. Zaplotłam dłonie na jego szyi, dokładnie tak, jak uczyła mnie Wiktoria, a on przybliżył się do mnie i chwycił mnie w pasie. Powoli zaczęliśmy się poruszać. Czułam się nieswojo. Miałam nadzieję, że niczego nie zawalę. Kuba przez całą piosenkę nie odrywał ode mnie wzroku, ale ja starałam się patrzeć gdzieś w dal. W połowie piosenki zdecydował się zacząć rozmowę.
         -Świetnie wyglądasz. Inaczej niż zwykle.
         -Dziękuję - nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć. - Naprawdę tak uważasz? Ja jestem trochę innego zdania.
         -Przesadzasz. Po prostu nie wierzysz w siebie - starał się mnie pocieszyć.
         -Może i masz rację...
         Przez następne pięć minut rozmawialiśmy. Co dziwne, nie brakowało nam tematów. Kiedy piosenka się skończyła, my dalej poruszaliśmy się w jej rytm. Kiedy zauważyliśmy swoją "wpadkę", oboje roześmialiśmy się. Już nie byłam spięta, wręcz przeciwnie - czułam się świetnie. Chyba nikt i nic nie mogło przeszkodzić mi w tym wieczorze.
         Kolejne cztery piosenki przetańczyliśmy w szybkim tempie. Zaproponowałam Kubie, abyśmy poszli do szkolnego sklepiku. Osobiście byłam bardzo spragniona. Siedzieliśmy na ławce obok wyjścia ze szkoły, popijając colę. Niestety, nie mogłam za siebie zapłacić. Kuba się na to nie zgodził. Wcześniej nie przyjmowałam do wiadomości, aby zapłacił za mnie ktoś inny niż moi rodzice. W tym przypadku zgodziłam się bez oporu. Po chwili znalazła nas Wiktoria. Przyszła z jakimś chłopakiem ze starszej klasy. Wcześniej widywałam go tylko na szkolnym korytarzu. Poznaliśmy się. Okazało się, że w towarzystwie Kamila moja przyjaciółka bawiła się świetnie. Miałam nadzieję, że będzie z tego coś więcej i dzięki niemu Wiki zapomni o rozstaniu z Maćkiem.
         Kiedy wróciliśmy na halę, dochodziła do końca kolejna piosenka. Musiałam przyznać, że Wiktoria jest świetna w doborze muzyki, którą przygotowała już wczoraj, aby dzisiaj nie marnować czasu. Już nikt nie stał pod ścianą, wszyscy tańczyli, nieliczni wyszli na zewnątrz. Znów tańczyliśmy. Wiktoria starała się przebywać blisko mnie. Zakładałam, że na wypadek pocałunku, który sobie wymyśliła. Przez chwilę wydawało mi się, że Kuba zadaje się ze mną tylko dlatego, że nie było dziewczyny, z którą naprawdę chciałby tańczyć i tylko ja byłam osobą, która nie miała pary. Doszłam jednak do wniosku, że nie ma sensu tego rozpatrywać. Jeśli jest tutaj ze mną, powinnam się z tego cieszyć, bo chyba na tym mi zależało - być blisko niego. Pierwszy raz nie przejmowałam się innymi, siebie odstawiając na bok. Dziś było odwrotnie. Dziś jestem tylko ja. I Kuba. Nikt więcej. Podobało mi się to.
         Dominik, który pracował na wzorowe zachowanie, nie żałował wolnych piosenek. Przy jednej z nich powiedział:
         -Z dedykacją dla wszystkich par, zwłaszcza dla was.
         W ciemnościach wypatrzyłam jego wzrok, skierowany w naszą stronę. Kumpel Kuby wyobrażał sobie zbyt dużo. Zaczerwieniłam się, ale na szczęście nikt tego nie zauważył. Musiałam to przełknąć i żyć dalej. Dobrze, że nie powiedział do mikrofonu: "a teraz pocałunek". Gdyby taka sytuacja się nadarzyła, uciekłabym stamtąd. Nie zniosłabym takiego upokorzenia.
         Zostały jakieś dwie godziny do końca dyskoteki. Bawiliśmy się świetnie. Spytałam Kubę, czy nie nudzi mu się ze mną. Odpowiedział, że cieszy się, że przyszłam i nie mógłby się nudzić nawet przy najgorszych piosenkach. Ucieszyła mnie taka odpowiedź. Kiedy chcieliśmy wyjść z hali, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, znienacka do Kuby podeszła Ropucha. Stanęła na palcach i... pocałowała go?! Jak ona tak mogła? Jakim prawem? Czy ich coś łączy? Nie, to niemożliwe. Po dwóch sekundach oszołomiony Kuba odepchnął Ropuchę, która była najwyraźniej zadowolona z tego, co uczyniła.
         -Nigdzie nie mogłam cię znaleźć, kotku - powiedziała ze złowrogim uśmiechem. - Ty też mnie szukałeś, prawda?
         Kuba zaczął się bronić, ale ja już tego nie chciałam słuchać. Czułam się upokorzona. To miał być taki magiczny wieczór. Jak on mógł tak postąpić? Czy to ona mu kazała? Nie mieściło mi się w głowie, że Kuba był zdolny do takich rzeczy. Nie mogłam dłużej na niego patrzeć. Wybiegłam ze szkoły ze łzami w oczach. W szkole jeszcze się powstrzymywałam, bo nie lubię publicznie okazywać uczuć. Teraz mogłam pozwolić łzom wydobyć się na zewnątrz i rozmazać mój makijaż. Było mi wszystko jedno. Nie zależało mi na niczym. Już nawet nie byłam zła. To, co czułam, to wściekłość na samą siebie, że dałam się tak nabrać. Jak mogłam być taka głupia? Usiadłam na pierwszej ławce, którą minęłam, wybiegając ze szkoły. Nie miałam siły podnieść ręki i otrzeć łez. Chciałabym, aby ten początkowo piękny sen, a teraz koszmar, już się skończył. Jednak wiedziałam, że to rzeczywistość. Czułam okropny ból w sercu.
         Kiedy zabrakło mi łez, wstałam i chciałam iść do domu, kiedy usłyszałam za sobą głos Kuby. "O, nie. Nie w tej chwili. Nie ty", pomyślałam.
         -Edyta, czekaj.
         Przyśpieszyłam kroku. Kuba był ostatnią osobą, z którą chciałabym rozmawiać. Jednak wiedziałam, że nawet jeśli będę biegnąć najszybciej, jak potrafię, on mnie dogoni. Przecież jest sportowcem. Ma doskonałą kondycję. Postanowiłam wygarnąć mu, co o nim myślę.
         -Słuchaj - zaczął, zdenerwowany. - To, co widziałaś, to nie by...
         -...było to co myślisz. Jasne - powiedziałam z sarkazmem. - Wiesz, co?  Jak ty mogłeś mnie tak wykorzystać?! Tylko dlatego, że nie mogłeś znaleźć swojej dziewczyny? Żałosne. Jak ty mogłeś mi się podobać? - spytałam i w tej samej chwili pożałowałam tych słów.
         -Dasz mi wreszcie dojść do słowa? Proszę. Wysłuchaj mnie. To naprawdę nie było tak jak myślisz. Ja jej nawet nie lubię. Kaśka zawsze taka była. Lubiła robić ludziom na złość. I my jesteśmy jej kolejnymi ofiarami. Poza tym, jak ona całuje. Do tej pory mam odruch wymiotny - skrzywił minę.
         Uśmiechnęłam się przez łzy. Jednak to nie był uśmiech, który okazuje się w chwilach, kiedy ma się dobry humor.
         -Zaraz, co ty powiedziałaś na końcu? - zapytał Kuba.
         -Czy to jest takie ważne? - Łzy znowu napłynęły mi do oczu. Po jego minie stwierdziłam, że tak. - Nie wiem. Nie pamiętam. Zniszczyliście najlepszy dzień mojego życia. Jesteś z tego zadowolony?
         -Nie, nie jestem. Gdybym miał się do czego przyznać, to bym się przyznał - starał się bronić Kuba. - Ona to wszystko udawała. Masz z nią jakieś porachunki?
         -Nie wiem. Nieważne. Do jutra - wstałam i szybkim krokiem odeszłam w stronę bramy. Rozpłakałam się na dobre. Wierzyłam Kubie, ale nie mogłam znieść, że Ropucha go pocałowała. Było mi trochę żal, że zostawiłam go tam samego. Ale w tamtej chwili nie mogłam zrobić nic innego.
         Kiedy byłam już za zakrętem, zwolniłam. Kuba za mną nie biegł. Chyba zrozumiał, że chcę być sama. Weszłam na chodnik i w mojej torebce rozbrzmiał dźwięk telefonu. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, ale zajrzałam. SMS od Wiktorii.
"Gdzie jesteś? Czyżby mały wypadzik z Kubą? ;) Ja tu dostaję brawa za organizację, a ty randkujesz? Będziesz musiała mi to wynagrodzić!".
         Nie chciałam, żeby się martwiła, więc odpisałam jej krótko:
"Poszłam do domu. Jutro Ci opowiem."
         Wrzuciłam telefon do torebki i szłam dalej. Kilka minut później znów dźwięk telefonu. Zakładałam, że Wiktoria była ciekawa, co się stało. Na ekranie wyświetlił się napis: "Masz nową wiadomość".
"Przepraszam. Jest szansa, że kiedykolwiek się do mnie odezwiesz?"
         Od Kuby. Ciekawe, skąd miał mój numer. Nie odpisałam. Znów chciało mi się płakać. Było mi przykro, bo być może Kuba się martwił, ale cała ta sytuacja mnie przerosła. Postanowiłam, że nie będę nic mówić rodzicom. Po prostu udam, że było fajnie. Wzięłam lusterko do ręki i chusteczką wytarłam rozmazany tusz do rzęs. Wyglądałam fatalnie. Odgarnęłam włosy z czoła i w zamyśleniu obejrzałam swoją twarz. Patrzyłam przez kilka sekund. Wreszcie schowałam lusterko do torebki. Nie chciałam dłużej na siebie patrzeć. W torebce znów dźwięk SMS.
"Przepraszam. Mimo wszystko to była najlepsza dyskoteka mojego życia".

Kiedy jest dobrze, należy spodziewać się nagłego przypływu smutnych wydarzeń.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz