Rozdział IV, trochę dłuższy od poprzednich. Styl w tym rozdziale może nieco różnić się od poprzednich, dlatego, że pomiędzy pisaniem trzeciego i czwartego był dość długi odstęp czasu.
Rozdział czwarty
Trzy tygodnie później, Wiktoria, według moich
przepowiedni, bezapelacyjnie została przewodniczącą szkoły. Mina Ropuchy w
chwili ogłoszenia wyników była bezcenna. Nagle kilku chłopców wzięło Wiki na
ręce i zaczęło ją podrzucać wysoko do góry. Bardzo cieszyłam się z jej sukcesu.
Szczerze wierzyłam, że uda jej się zrealizować dużo zamierzeń. Pierwszym z nich
była szkolna dyskoteka, która miała się odbyć w przyszły czwartek.
Postanowiłam, że pójdę, nawet, jeśli będę musiała podpierać ścianę przez kilka
godzin.
Wiktoria
wręcz kazała mi zrobić się na bóstwo. Byłam ciekawa, co u niej znaczy to słowo,
bo ja, na przykład, interpretowałam to w taki sposób, że dziewczyna, po
„zrobieniu się na bóstwo”, wygląda jak bogini i wyraźnie wyróżnia się wśród
innych. W moim przypadku było to niemożliwe, bo jestem zbyt brzydka, by
wyglądać ładnie. No, ale Wiki może sobie mówić dużo rzeczy, bo jest ładna i
tego świadoma. Umie podkreślić wszystkie swoje atuty, zaczynając od delikatnych
rysów twarzy, aż po niesamowicie długie nogi. Mogłam postawić milion na to, że
założy krótką mini albo szorty i top. Gdyby nie szkolny regulamin, który
zakazywał nosić tego typu ubrania, z pewnością zakładałaby ciuchy, które w stu
procentach podkreślałyby jej atuty. Wiktoria ma w nosie regulamin i kiedyś
chodziła, jak jej się podobało, ale Dyra-Satyra zagroziła jej, że nie zda do
następnej klasy, a w najgorszym wypadku wyrzuci ją ze szkoły, jeśli nie zacznie
go przestrzegać. Wtedy trochę opanowała swoją buntowniczą naturę i zaczęła
nosić dłuższe spodnie i bluzki zakrywające ramiona. Nie była z tego powodu
zadowolona, chciała nawet odpłacić się dyrektorce złośliwym żartem, ale na
szczęście ją powstrzymałam.
Dyskoteka
zaczynała się o 19, więc ustaliłyśmy, że dwie godziny na przygotowanie się w
zupełności wystarczy, choć i tak wiedziałam, że Wiktoria będzie się wracać do
domu co najmniej raz, bo zapomni tuszu do rzęs albo krwistoczerwonej szminki, z
którą prawie nigdy się nie rozstaje. Umówiłyśmy się, że po szkole tylko odniosę
plecak do domu, potem pójdziemy do Wiktorii, zjemy obiad, pogrzebiemy w jej
szafie i zaczniemy się przygotowywać. Nie mogłam się doczekać tej dyskoteki, bo
to będzie moja pierwsza w liceum. W zeszłym roku nie chodziłam, bo brakowało
mi pewności siebie, poza tym nie miałam z kim iść. Cały czas wydawało mi się,
że koleżanki z klasy mnie obgadywały, naśmiewały się ze mnie. Nie było to miłe,
tym bardziej, że potem każda chciała usiąść ze mną w ławce, kiedy był
sprawdzian albo kartkówka z chemii. Miałam zbyt dobre serce, żeby odmówić, a
nawet jeśli odmówiłam, to i tak nie miało to większego znaczenia. One i ich
oceny są ważniejsze od tego, co ja czuję, kiedy mnie tak traktują. Czułam się
samotna, nie miałam z kim o tym porozmawiać. Dlatego nie chodziłam na
dyskoteki. I tak nikt nie zechciałby ze mną tańczyć, bo z góry było założone,
że kujony nie mają szans na zaistnienie w grupie. Podczas kiedy inni świetnie
się bawili, ja siedziałam przed komputerem i czatowałam z ludźmi o podobnych
zainteresowaniach do moich. Przynajmniej oni wiedzieli, co czuję, bo mieli
prawie takie same sytuacje jak ja. Czasem wychodziłam na spacery, słuchałam
ulubionej muzyki lub tłumaczyłam lekcje Natalii, bo nie zawsze potrafiła
zrozumieć materiał omawiany na lekcji.
Na tą
dyskotekę postanowiłam pójść ze względu na Wiktorię. W końcu to ona ją
zorganizowała jako przewodnicząca i trochę głupio by wyszło, gdybym nie
przyszła. Założę się, że po pięciu minutach zostawi mnie samą dla jakiegoś
chłopaka, który od razu straci dla niej głowę. Trudno. Usiądę pod ścianą, tak
jak wszyscy, którzy nie zostali przez nikogo zaproszeni do tańca. Próbowałam
sobie wmówić, że teraz będzie inaczej, ale wbrew wszystkiemu sama sobie nie
wierzyłam. Postanowiłam porozmawiać o tym z przyjaciółką, ale dopiero po
zabawie. Nie chcę jej psuć nastroju. Usiądę przy laptopie, z którego będzie
puszczana muzyka i nawet nikt nie zauważy, że tam jestem. Wtopię się w tłum –
jak zawsze.
Zgodnie z
umową najpierw poszłyśmy do mnie, wzięłam torebkę i ubrania, których i tak
pewnie nie założę, bo wyglądam w nich grubo, jak we wszystkich ciuchach, które
mam. Kiedy jadę na zakupy z mamą i przymierzam jakąś bluzkę lub spodnie, ta
zawsze mówi, że wyglądam dobrze, nigdy nie krytykuje. Tata, który czeka tylko
po to, żeby zapłacić, potakuje lub mówi coś w stylu: „Gdybym był dziewczyną
taką ładną jak ty, na pewno kupiłbym tą bluzkę”. Trochę mnie to denerwowało,
ale przecież rodzice nie powiedzą niczego swojej córce, co mogłoby ją urazić.
Jeśli jadę gdzieś z Wiktorią, obie bierzemy te same ubrania, przymierzamy i oceniamy,
która z nas wygląda w nich lepiej. Odpowiedź przeważnie była oczywista,
aczkolwiek było kilka ciuchów, które na Wiki leżały jak wielki worek, bo
najzwyczajniej była za chuda. Ja mam szersze ciało i wyglądałam trochę lepiej.
Co do oceny ze strony mojej przyjaciółki, to przeważnie zachowywała się jak moi
rodzice. Czasem, jeśli w czymś wyglądałam naprawdę źle, wręcz koszmarnie,
mówiła szczerze, ale delikatnie, że to na mnie nie pasuje. Najbardziej
zadowolona wychodzę, kiedy na zakupach jestem sama. Przymierzę, a jeśli
stwierdzę, że pasuje dla mnie, dla upewnienia pytam osób pracujących w sklepie.
Oni znają się na tym najlepiej i nie szczędzą krytyki, czasem nawet doradzą.
Początkowo wstydziłam się odezwać do obcych ludzi, ale gdy zobaczyłam, że inni
ludzie swobodnie pytają o takie rzeczy, ja też zaczęłam.
Kiedy
doszłyśmy do domu Wiktorii, była czwarta po południu. Zaniosłam swoje rzeczy do
pokoju Wiki, umyłyśmy ręce i zasiadłyśmy do stołu. Byłam ciekawa, co
przygotowuje jej mama, bo zapachy unoszące się po całej kuchni były wręcz nie z
tej ziemi. Nic dziwnego – status szefa kuchni w ekskluzywnej restauracji
zobowiązuje. Zapytałam, co to jest, jednak dostałam wymijającą odpowiedź.
-Ulubiona
potrawa mojej córki. Na pewno wiesz – odparła tajemniczo.
Zaczerwieniłam
się, bo tak naprawdę nie wiedziałam, co Wiktoria lubi najbardziej. Było mi
trochę głupio. Uśmiechnęłam się tylko i spuściłam wzrok.
-Nie
przejmuj się – pocieszała mnie przyjaciółka. - Przecież nie wiesz o mnie
wszystkiego. A skoro moja ulubiona potrawa nie jest ci znana, to będziesz
musiała poczekać, aż mama skończy. Może spróbujesz odgadnąć, co to jest?
– uśmiechnęła się.
-Ok, ale
może jakaś podpowiedź? - zgodziłam się. - Sprecyzuj dokładniej.
-Więc...
Hmm... Jest to potrawa średnio kaloryczna, chociaż mój tata twierdzi, że ma
zbyt dużo kalorii.
Pierwsze,
co przyszło mi na myśl, to pizza. Przypomniałam sobie ten dzień, kiedy z
wielkim zapałem jadła ją, podczas kiedy ja opowiadałam jej o Kubie... I nagle
zapomniałam o wszystkim, co działo się wokół mnie.
Kuba.
W myślach
odtworzyłam jego twarz, nieziemskie spojrzenie hollywoodzkiego aktora i
oszałamiający uśmiech, który za każdym razem wprawiał mnie w zachwyt. Tą twarz,
która ciągle mi się śni, wraca każdego dnia, kiedy natknę się na coś, co kojarzy
mi się właśnie z nim. Chciałabym być zauważona przez niego. Chciałabym być z
nim choć chwilę sam na sam. Chciałabym, aby wszystko potoczyło się tak, jak to
sobie wyobrażałam, kiedy godzinami, zamiast uczyć się, myślałam o nim, co
zrobiłabym w sytuacji, kiedy go przypadkiem spotkam lub niespodziewanie do mnie
przyjdzie, żeby porozmawiać. W gruncie rzeczy wiedziałam, że przy normalnych
warunkach to się nie wydarzy, ale każda taka myśl była czymś bardzo przyjemnym,
czymś, co przyprawiało mnie o dreszcze, ale też częsty uśmiech. Mimo że
zdawałam sobie sprawę, że nie jestem w typie Kuby i przyjmowałam do wiadomości,
że może mnie nie lubić, jednak nie odpuszczałam i wciąż w głębi mojego serca
tkwiła mała iskierka nadziei na zwrot akcji. Liczyłam na to, że wreszcie uda mi
się z nim porozmawiać. Muszę tylko znaleźć wspólny temat. Tylko jaki? Hmmm...
Tak! Przecież Kuba gra w ręczną! I moja kochana jedyna siostra też! Muszę tylko
wyciągnąć od niej parę informacji, obejrzeć kilka meczy i zdjęcia najlepszych szczypiornistów oraz zorientować się, kto gra w szkolnej drużynie.
W gruncie rzeczy wydawało mi się to banalnie proste, w końcu znam
całkiem niezłą szczypiornistkę – moją siostrę. Wypytam ją o kilka rzeczy i
długą satysfakcjonującą rozmowę z Kubą mam gwarantowaną. Może zacznę już na
dzisiejszej dyskotece? Tak, to dobry pomysł. I jeśli wszystko się powiedzie,
jutro na korytarzu lub na którejś z lekcji zagadam i pociągnę rozmowę w inną
stronę. Może wtedy przekona się do mnie? Chwila! Przecież to nie w moim stylu!
Nie umiem być wyluzowana, zwłaszcza przy kimś, kto mi się tak szalenie podoba!
Nie, to się nie może udać.
-Edzia,
Edzia, Eeeeeedziaa!
Szybko się
otrząsnęłam. Uświadomiłam sobie, że tkwiłam w myślach przez dobre kilka minut,
nie zdając sobie sprawy, że Wiki i jej mama patrzą na mnie. A jeśli mówiłam
coś, czego nie powinnam? Mam przechlapane...
-Edzia, co
się dzieje? - Wiktoria wyglądała na zaniepokojoną.
-Nic, nic.
Zamyśliłam się. Zresztą wiesz, jak jest – odpowiedziałam trochę tajemniczo.
Zakładałam, że mama Wiktorii o niczym nie wiedziała.
-Hmm. No,
tak. Racja – od razu domyśliła się o kogo chodzi.
-To...
- zaczęłam niepewnie. - O czym mówiłyśmy? A, tak. Twoja ulubiona potrawa. Może jeszcze jakaś podpowiedź? Bo
kaloryczność niewiele mi mówi.
Pani
Jadwiga spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, jakby domyślała się, co było
przyczyną mojego zamyślenia, ale najwyraźniej nie chciała poruszać tego tematu.
Większość matek od razu rzuciłaby serię pytań o tym, o kogo chodzi itp. Ale nie
mama Wiktorii! Zresztą ona jest bardzo miłą i łagodną osobą, a do tego zadbaną
i posiadającą niezwykłą urodę. Kiedy w weekendy przychodziłam do Wiktorii, żeby
się z nią pouczyć, pani Jadzia nigdy nam nie przeszkadzała, zrobiła tylko
herbatę i życzyła miłej nauki. A kiedy wkuwałyśmy zbyt długo, wchodziła do
pokoju, uprzednio pukając, i zapraszała nas na obiad. Mistrzowski obiad. Taka
mama z pewnością jest marzeniem wielu nastolatek, które najbardziej w swoim
życiu potrzebują prywatności.
-Podpowiedź
numer dwa. Jest to jedna z najprostszych potraw ziemniaczanych.
-Hmmm...
- zastanawiałam się przez dobre pół minuty. - Kluski śląskie? Są bardzo łatwe w
wykonaniu, no i z ziemniaków.
-Nie, ale
blisko – Wiktoria złożyła ręce. - Zastanów się. Tak naprawdę moim ulubionym
daniem jest paella - spojrzała na mnie i widząc, że nie mam zielonego pojęcia,
co to jest, mówiła dalej. - To hiszpańska potrawa z ryżu i szafranu, czasem z
dodatkiem owoców morza, mięsa lub warzyw. Po prostu coś nie z tej ziemi! No,
ale to nie jest ważne. Wymyśliłaś już?
Dopiero
teraz poczułam znajomy mi zapach.
-Już wiem!
Placki ziemniaczane!
-Brawo! -
krzyknęły razem pani Jadwiga i jej córka.
Uśmiechnęłam
się trochę wstydliwie i zobaczyłam, jak Wiktoria wzrokiem próbuje mi
powiedzieć, że mamy do pogadania. Nie musiała nic mówić. Czasem rozumiałyśmy
się bez słów. Wzrok i gesty w powietrzu w zupełności wystarczały. Było to
bardzo przydatne na sprawdzianach, kiedy jedna z nas czegoś nie wiedziała, a
nauczycielka nie pozwoliła nam razem siedzieć, bo zawsze miałyśmy taką samą
ilość punktów i wiedziała, że „nasz duet jest niebezpieczny”. Nie tylko ze
względu na pomoc na klasówce, ale też dlatego, że czasem potrafiłyśmy rozmawiać
przez całą lekcję, nie zwracając nawet uwagi na to, co dzieje się wokół. Często
wtedy ponosiłyśmy tego konsekwencje, jak zostanie po lekcjach czy uwaga w
dzienniku. Ale te czyny były jak rzucanie grochem o ścianę. Cóż, takie już
jesteśmy. Kiedyś usłyszałam od nauczycielki plastyki, że Wiktoria źle na mnie
wpływa. Chciałam jej odpowiedzieć, że jaskrawożółty kolor jej bluzki też źle na
nią wpływa, ale się powstrzymałam.
Po obiedzie
poszłyśmy do pokoju Wiktorii numer dwa, czyli jej dużej szafy. W głowie mi się
nie mieściło, jak można mieć tyle ubrań! Wszędzie wisiały jakieś ubrania,
panował tam mały bałagan. Wszystko porozrzucane było po całym pokoju, odruchowo
spojrzałam w górę na lampę z obawą, że i tam coś się znalazło.
-Tak, wiem.
Mam mały... ogromny bałagan. Ale nie miałam czasu posprzątać. Ciągle muszę się
czymś zajmować – przerwała moje obserwacje Wiktoria.
-Spoko. Nie
musisz się tłumaczyć – uśmiechnęłam się.
Podeszłam
do swojej torby, którą wcześniej rzuciłam na podłogę i wyjęłam z niej ubrania,
które wzięłam ze swojego domu.
-Jak
myślisz? Nadają się? - skrzywiłam minę. - Nie mam w domu nic lepszego.
-Mogłaś
powiedzieć wcześniej. Wzięłabym cię na zakupy, wybrałybyśmy coś. Ale – uważniej
przyjrzała się bluzce w kolorze nude – ten ciuszek jest całkiem fajny. Kolor
bardzo do Ciebie pasuje, a te falbanki uwydatnią twoją urodę.
Roześmiałam
się głośno.
-Urodę? Co
ty mówisz?!
-Przestań
gadać i chodź ze mną – Wiki spojrzała na mnie z uśmiechem. Wyczułam w tym jeden
z jej genialnych pomysłów. Podeszła do krzesła, na którym leżała krótka
dżinsowa mini. Domyśliłam się, że to dla mnie.
-O, nie!
Nie ma mowy! - krzyknęłam.
-Najpierw
przymierz. Potem mów. Zobaczysz jaka jesteś naprawdę. Zakładam, że w domu nie
masz lustra.
Kłóciłyśmy
się przez pięć minut. W końcu uległam, co było dla mnie dziwne, bo byłam
niezwykle uparta i zawsze stawiałam na swoim. Poszłam do łazienki, zdjęłam
spodnie i włożyłam tę spódniczkę. Pasowała jak ulał, mimo że miałam większy
brzuch i tył od Wiktorii. Przez chwilę się zawahałam. Z drugiej strony
widziałam, jak mojej przyjaciółce zależało na tym, abym wyglądała jak
najlepiej. Wróciłam z powrotem do szafy, niepewnie przebierając nogami. Mina
Wiki, kiedy mnie ujrzała, była podobna do tego, kiedy w zeszłym roku poszłyśmy
na koncert i gwiazda uznawana w całym kraju przeszła obok nas i ramieniem
dotknęła ramienia Wiktorii.
-Wyglądasz
w niej jeszcze lepiej niż ja! Jest już twoja!
Zawstydziłam
się i spuściłam głowę.
-Naprawdę
tak myślisz?
-Tak. I
doskonale pasuje do tej bluzki, którą ze sobą przyniosłaś. Zaraz znajdziemy
jakieś buty, ale najpierw do łazienki – rozkazała Wiktoria.
Następne czterdzieści pięć minut spędziłyśmy w łazience
przed lustrem. Na czyste twarze wrzuciłyśmy podkład odpowiedni do naszej cery,
następnie, zgodnie z zaleceniami mistrzyni makijażu, Wiktorii, puder, trochę
różu na policzki. Najgorzej było z wyborem koloru cieni do powiek.
Wypróbowałyśmy chyba wszystkie możliwe, jakie były, jednak po długim
zastanawianiu się ja wybrałam beżowy, który pasował do cery przeciętnej
blondynki, czyli mojej, a Wiktoria fioletowy i złoty. Wyglądała o wiele lepiej niż ja, ale
do tego już dawno się przyzwyczaiłam. Potem było już z górki – cienka kreska
eyelinerem, tusz do rzęs, muśnięcie ust błyszczykiem i obejrzenie efektów.
Wyglądałyśmy całkiem nieźle. Wtedy pierwszy raz pomyślałam sobie, że może wcale
nie jestem taka brzydka. Nie mówiłam tego na głos, bo Wiki pomyślałaby sobie
nie wiadomo co, samo myślenie mi wystarczało. Potem włożyłyśmy ubrania, które
wcześniej wspólnie przygotowałyśmy. Następnym etapem były fryzury. Postawiłam
na lekkie loki. Moja kochana przyjaciółka spięła włosy w wysoki kucyk. Dzięki
temu jej ładne kości policzkowe były jeszcze bardziej widoczne. Podeszłyśmy do
lustra prawie gotowe i dokładnie przyjrzałyśmy się sobie. Ja miałam na sobie
ciemnoszarą spódniczkę mini i bluzkę w kolorze nude. Wiktoria włożyła śliczną
granatową sukienkę, którą sama zaprojektowała i rysunek oddała do znajomej
krawcowej. Kilka dni przed dyskoteką mogła odebrać efekty. Sukienka zachwycała
lekkością, a kolor był świetnie dobrany. Jej wykonawczyni spisała się na medal.
Odkrywająca ramiona i ukazująca niezwykle zgrabne nogi Wiktorii kreacja
idealnie nadawała się na szkolną dyskotekę.
Przyszedł
czas na dodatki. Otworzyłyśmy ciemnobrązową szkatułkę z biżuterią Wiktorii.
Mogłyśmy znaleźć tam wszystko – od kolczyków, przez pierścionki, łańcuszki aż
po bransoletki. Postanowiłam nie przesadzać z ich wyborem, gdyż nie lubię, gdy
cała błyszczę, oczywiście w znaczeniu negatywnym, od biżuterii. Na dnie
znalazłam śliczne srebrne kolczyki, przypominające
pawie pióra. Od razu mi się spodobały, więc je włożyłam. Na szyi zapięłam swój
naszyjnik z wisiorkiem – literą E, a na palec włożyłam pierścionek z dużym
oczkiem w kolorze nude. Uznałam, że to wystarczy. Nie chciałam, aby mój strój
był zbyt kompromitujący.
Zaproponowałam
Wiktorii kolczyki i pierścionek, które dostała od Maćka, ale odmówiła ze
smutnym wyrazem twarzy. Nie chciałam się narzucać, więc nie dopytywałam, o co
chodzi. Wolałam poczekać, aż sama zdecyduje powiedzieć mi, co leży jej na
sercu. Wybrała więc długi naszyjnik w kształcie klucza, który sprawił, że jej
kreacja wydawała się luźniejsza, bransoletkę i długie kolczyki.
Został
jeszcze tylko jeden element – buty. Do wyjścia zostało jakieś siedem minut, nie
chciałyśmy się spóźnić. Konieczna była w miarę szybka decyzja. Urzekła nas
jedna para – po długich konwersacjach doszłyśmy do wniosku, że pasuje do stroju
Wiktorii. Wysokie niebieskie szpilki idealnie współgrały z całością oraz
dodawały kobiecości. Byłyśmy co do nich zgodne. Coś idealnego znalazłyśmy też
dla mnie – baleriny, które były bardzo wygodne i świetnie kontrastowały z całym
strojem.
Podeszłyśmy
do wielkiego lustra w salonie. Już chyba wiedziałam, co to znaczy zrobić się na
bóstwo! Wiktoria wyglądała świetnie! Musiałam przyznać, że i ja prezentowałam się
dość ładnie. Byłyśmy gotowe do wyjścia. Sprawdziłyśmy, czy w torebkach mamy
zgody rodziców, pieniądze i nasz „zestaw ratunkowy”, gdyby którejś rozmazał się
makijaż lub zaistniała potrzeba jego poprawy. Znajdowały się tam: tusz do rzęs,
błyszczyk oraz kilka wacików. Pani Jadwiga z uśmiechem życzyła nam udanej
zabawy, pożegnałyśmy się z nią i wyszłyśmy.
Po drodze
opowiedziałam Wiktorii o moim zamyśleniu podczas obiadu. Wiedziała, że jeśli
czegoś nie zrobię, w końcu wpadnę w depresję. Postanowiłyśmy spróbować podczas
dzisiejszej dyskoteki. Tak właściwie to Wiktoria postanowiła. Ja i tak
wiedziałam, że samo otworzenie ust będzie zwykłą porażką. Moja przemiana to
tylko ulepszony wygląd zewnętrzny, w środku nadal jestem tą samą nieśmiałą
osobą. Odkąd pamiętam, zawsze taka byłam. Wstydziłam się, kiedy ktoś chwalił
moje małe osiągnięcia. Robiłam się czerwona, jak tylko ktoś nieznajomy zaczynał
ze mną rozmowę, chciał mnie poznać. Nie wierzyłam więc, aby plan Wiktorii miał
się powieść.
-Słuchaj,
zrobisz tak – popatrzyła na mnie poważnie. - Jak tylko wejdziemy do szkoły i go
spotkamy, podejdziemy do niego i przywitamy się z nim. Postaram się nie
odzywać, chociaż wiem, że to będzie dla mnie trudne. Zrobię to dla ciebie.
Zapytasz go, co słychać, potem możesz zmienić temat i przejść do zabawy. I, na
przykład, dowiesz się, czy ma zamiar zostać do końca, albo zapytasz, czy kogoś
zaprosił. Potem rozmowa będzie sama się układać i nawet nie zauważysz, jak
zaciągnie cię na parkiet.
-Nie, żebym
była pesymistką, ale to się nie uda. Sam jego widok odbiera mi mowę – odparłam.
-Dasz radę.
A jeśli naprawdę zaniemówisz, to ja zacznę, rozluźnisz się, a potem będzie już
z górki. Słuchaaaaj – specjalnie przeciągnęła to słowo, aby zmanipulować mnie,
wtedy musiałabym się zgodzić. - Naprawdę chcę, żeby udało ci się z Kubą, bo
czasem mam dość tego twojego gadania o nim. I będę się bardzo cieszyć, jeśli
między wami zajdzie coś więcej, bo wreszcie będziesz szczęśliwa.
Jej
promienny uśmiech nie przyjmował odmowy.
-Okej,
zobaczę, co da się zrobić. Postaram się najbardziej, jak będę umiała.
-Mam
pomysł. Kiedy będziesz z nim rozmawiać, pomyśl sobie, że rozmawiasz ze mną.
Będzie ci łatwiej.
-O, nie! Bo
jeszcze powiem mu coś, czego będę żałowała – uśmiechnęłam się.
Musiałam
zmienić temat. Gdybyśmy przez całą drogę rozmawiały tylko o Kubie, szybko
poddałabym się i nawet nie powiedziała mu „cześć”.
-Więc, co z
Maćkiem? Nie chciałam pytać wcześniej, wolałam, aż sama mi powiesz, ale ty
ciągle nawijasz o Kubie i dalej nie wiem, co między wami zaszło.
Wiktoria
posmutniała. Było mi przykro, że zaczęłam ten temat, ale z drugiej strony nie
chciałam, żeby miała przede mną jakieś tajemnice.
-Zerwałam z
nim - chyba zobaczyła mój zdziwiony wyraz twarzy, bo szybko dodała: -Nie, nie
dlatego, że widziałam go z inną, czy coś w tym stylu. To była moja decyzja,
szybka, ale przemyślana. Nie ma sensu dłużej z nim być, bo po co, skoro więcej
go nie zobaczę?
-Jak to? -
spytałam. W głowie miałam milion myśli na sekundę. W moich wyobrażeniach
tworzyły się najgorsze scenariusze.
-Wyjechał.
Do Ameryki. Rozumiesz? Za ocean! Będzie tam mieszkał przynajmniej do ukończenia
studiów. Podobno tam mają lepsze warunki i łatwiej jest zdobyć pracę.
Mówił, że było mu ciężko podjąć decyzję, bo mnie kocha, ale z drugiej strony
przyszłość jest dla niego ważna, a studia w Nowym Jorku to spełnienie jego
marzeń. Obiecywał, że codziennie będzie pisał maile, dzwonił, ale dla mnie to
za mało. Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że mam chłopaka i nie zobaczę
się z nim przez kilka lat.
Nie
wiedziałam, co powiedzieć. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, więc nie mogłam
wiedzieć, jak Wiktoria może się czuć.
-Przykro
mi. Na pewno Maciek nie chciał wyjeżdżać, tylko został do tego zmuszony.
Przecież on cię kochał, to znaczy kocha. Jestem pewna, że wciąż o tobie myśli,
tęskni – próbowałam ją pocieszyć.
-Może i
tak, ale prawdopodobnie już nigdy więcej go nie zobaczę – Wiktoria wyglądała na
naprawdę smutną.
-Chodź.
W jakiś
dziwny sposób znalazłyśmy się na środku drogi. Przytuliłam ją mocno.
Wiedziałam, że tego potrzebuje. Może dyskoteka poprawi jej humor.
-Postaraj
się o nim nie myśleć. Dziś skup się tylko na sobie. To pierwsza dyskoteka w tym
roku, tym bardziej, że zorganizowana przez ciebie.
-Masz
rację. Chodźmy - uśmiechnęła się. Wiedziałam, że postara się z całych sił i
będzie się dobrze bawić.
Przy
wejściu musiałyśmy pokazać zgody rodziców i zapłacić za wstęp. Przywitałyśmy
się z kolegami i koleżankami z klasy. Byli prawie wszyscy, oprócz trzech osób.
Dwie z nich zapowiedziały, że nie przyjdą na dzisiejszą dyskotekę, trzecią był
Kuba. To dziwne, że nie przebywa z resztą klasy. Przecież jest taki towarzyski.
Nigdy nie ucieka przed ludźmi, nie wstydzi się rozmawiać z nieznajomymi.
Musiało się coś stać. Było mi trochę przykro. To dla niego tak bardzo starałam
się, aby wyglądać inaczej niż zwykle, zachwycająco, jak to mówi Wiktoria.
Postanowiłam zebrać się i zapytać, co jest grane.
-Gdzie jest
Kuba? - spytałam, przerywając żywą dyskusję na temat dyskoteki i kolejnych,
które nastąpią w przyszłości.
Prawie wszyscy
patrzyli na mnie, jakby zobaczyli ducha. Oprócz Ropuchy, która nie była tym
zainteresowana. Czy to aż takie dziwne, że martwię się o kolegę z klasy? No,
tak. Opinia o mnie wciąż nie zmieniła się. Nieśmiała, małomówna Edyta. Naprawdę
muszę coś z tym zrobić.
-Hmm. - odezwała się Magda, dziewczyna, z którą przyjaźniła się Wiktoria, ale pomiędzy
nami też były dość dobre stosunki. - Z tego, ile powiedział, wywnioskowałam, że
wrócił do domu, bo coś mu nie pasowało. Chyba chodziło o wygląd. Choć nie wiem,
o co mu chodziło. Wyglądał świetnie.
"Jak zawsze", pomyślałam.
W
odpowiedzi uśmiechnęłam się, starając się nie zarumienić. Zdarzało mi się to
bardzo często, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy chodziło o mnie. Nie znosiłam być
w centrum zainteresowania. Bardzo mnie to denerwowało, ale czasem sytuacja tego
wymagała. Przykładem może być zdarzenie z zeszłego roku, kiedy zajęłam drugie
miejsce w rejonowym konkursie z chemii i przy całej szkole musiałam wyjść na
środek, odebrać nagrodę i jeszcze uśmiechnąć się do zdjęcia. Emocje tłumiły się
we mnie, ale starałam się je powstrzymać. Motywacją był fakt, że w przeciwnym
razie okropnie wyjdę na zdjęciu, które szybko miało pojawić się na stronie
internetowej naszego liceum. W efekcie na zdjęciu wyszłam, jakbym coś w tamtej
chwili jadła. Ale starałam się nie przejmować tym faktem.
-A dlaczego
pytasz? - spytała Magda.
-Tak, po
prostu. Zdziwiła mnie jego nieobecność. To wszystko.
Spojrzałam
na Wiktorię w poszukiwaniu pomocy. Wiedziała, o co chodzi. Od razu wkroczyła do
akcji. I właśnie za to ją kocham!
-To co?
Idziemy się bawić, czy będziemy tak tutaj stać? - nieco rozluźniła atmosferę.
-Jasne, że
się bawimy! - powiedział ktoś z naszej grupki.
Zwolniłyśmy
z Wiktorią.
-Dziękuję
ci! Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek mogłam mieć! - przytuliłam
ją. - Chyba nikt się nie domyślił, co?
-Nie,
raczej nie - odpowiedziała. - Chyba uratowałam sytuację.
-Jak dobrze
mieć cię pod ręką. Idziemy? - zmieniłam temat.
-Jasne!
I nie
zważając na nic, weszłyśmy na udekorowaną halę sportową. Muzyka rozbrzmiewała,
większość przybyłych już się bawiła. Kilkanaście osób, tradycyjnie, podpierało
ścianę. Wiktoria zaprosiła ich do zabawy, ale nie byli zbyt chętni, więc nie
nalegała. Zastanawiające było tylko to, po co przyszli do szkoły, marnując swój
czas, skoro i tak stoją pod ścianą i nawet nie rozmawiają.
Jakoś nie
potrafiłam tak po prostu zacząć się bawić. Było to dla mnie dziwne. Pewnie
dlatego, że ta dyskoteka była moją pierwszą w liceum. W szkole podstawowej
dyskoteki, o ile można tak nazwać te zabawy z maską i czerwonym strojem z
czarnymi kropkami, nie należały do specjalnie udanych. Teraz byłam starsza i na
pewno nie kręciło mnie przebranie biedronki.
-Ja nie
potrafię - zwróciłam się do Wiktorii.
-Co się
znowu stało? - spytała.
-Nie umiem
tańczyć. Zbłaźnię się i tyle.
Stanęła w
miejscu na kilka sekund. Wiedziałam, że za chwilę do jej głowy wpadnie kolejny
"genialny" pomysł. Miałam tylko nadzieję, że nie urządzi żadnych
lekcji tańca dla amatorów, czy czegoś w tym stylu. Udusiłabym ją za taki czyn.
Popatrzyła na mnie.
-Chodź ze
mną.
Doszłyśmy
do damskiej łazienki. Stanęłyśmy przed lustrem.
-To jest
bardzo proste. Ruszaj się tak jak ja.
Zaczęła
pokazywać ruchy, jakich "używa się" do piosenek, które najczęściej są
puszczane na dyskotekach. Miała w tym wprawę, to było widać. Początkowo nie
wiedziałam, co robić. Bałam się, że ktoś nas zobaczy i uzna za kompletne
wariatki. Ale po kilku minutach, nie wiadomo skąd, mimo braku muzyki, słyszałam
jedną z ulubionych piosenek w głowie i zaczęłam tańczyć w jej rytm.
-Świetnie
ci idzie - powiedziała Wiktoria z uznaniem.
Uśmiechnęłam
się. Po paru chwilach trochę się zmęczyłam i przestałam tańczyć.
-Teraz
pokażę ci, jak tańczyć z chłopakiem. Wiadomo, że to on będzie ciebie prowadził,
ale musisz znać przynajmniej podstawy. Może zaczniemy od najprostszego. Umiesz
liczyć do trzech? - zażartowała?
-Nie, nie
nauczyli mnie tak wiele - odpowiedziałam. - Jasne, że umiem.
-Musisz
tylko złapać rytm i tempo piosenki. Reszta pójdzie sama, bo kroki ciągle się
powtarzają. Patrz: - liczyła, robiąc małe kroki. - Raz, dwa, trzy, raz, dwa,
trzy, raz, dwa, trzy.
Wydało mi
się to proste. Patrzyłam na jej nogi i starałam się poruszać tak samo swoimi.
Kiedy już weszłam we wprawę, Wiktoria pokazała mi, jak tańczyć z partnerem, jak
zachowywać się przy obrotach, jak się poruszać podczas "wolnego".
Byłam jej wdzięczna za wszystkie rady. Na pewno się przydadzą.
-Nie ma za
co. Teraz przetańczysz kilka godzin tylko z Kubą - uśmiechnęła się. - A potem
będziecie...
-Tak, tak.
Żyli długo i szczęśliwie. Już to słyszałam.
Przeglądnęłyśmy
się w lustrze, musnęłyśmy usta błyszczykiem i wróciłyśmy na halę. Już tylko
kilka osób "przytulało się" ze ścianą. Reszta z dobrymi humorami
tańczyła w rytm muzyki. Niemal równocześnie zauważyłyśmy Kubę, który wszedł
zaraz za nami. Wyglądał fenomenalnie. Dżinsy i koszula rozpięta pod szyją były
idealnie połączone. Włosy lekko postawione dodawały mu uroku. Nie rozumiem, co
on jeszcze chciał poprawiać, że musiał wracać do domu. Na jego szczęście, nie
miał daleko, zaledwie kilkaset metrów. Jego dom znajdował się zaraz za
skrzyżowaniem, po prawej stronie.
-Cześć
Wiktoria - powiedział. W tamtej chwili pomyślałam, że mnie nie zauważył - nie
zdziwiło mnie to. Postanowiłam, że nie będę się tym przejmować. Odwróciłam się
i trochę nieśmiało powiedziałam: Hej, Kuba.
Kiedy mnie
zobaczył, aż otworzył usta. Chciał się roześmiać?, zastanawiałam się. Obejrzał
mnie z góry do dołu. Chyba nie mógł nic powiedzieć. Zaniemówił? Mnóstwo myśli
kłębiło się w mojej głowie. Nastała niezręczna cisza, którą przerwała Wiktoria.
-Po co
wracałeś się do domu? - spytała.
-Musiałem
poprawić fryzurę. Wyglądałem jak frajer - skrzywił minę.
-Przestań.
Na pewno nie. Tak ci się tylko wydawało - odpowiedziała.
Przez
chwilę zapomniałyśmy o naszym planie. To znaczy ja zapomniałam. Wiktoria, jak
się później przyznała, działała cały czas. Przez chwilę rozmawialiśmy. Po paru
chwilach, ni stąd, ni zowąd, Wiktoria zniknęła. Nie mam pojęcia, kiedy to się
stało. Nie chciałam poruszać tego tematu, bo domyśliłam się, o co chodziło.
Przecież tak właśnie miałyśmy działać. O zniknięciu nic nie wiedziałam, ale po
niej można się spodziewać dosłownie wszystkiego.
-Więc
- nieśmiało zaczął rozmowę Kuba. - Jak się bawisz?
-Dopiero
weszłyśmy, bo Wiktoria wymyśliła... Nieważne - nie chciałam opowiadać mu tej
historii z nauką tańca. Nigdy się do niej nie przyznam. To była najgłupsza
rzecz, na jaką kiedykolwiek się zgodziłam. - Mam nadzieję, że będzie fajnie.
-Może
zatańczysz? - zaproponował nagle, kiedy zastanawiałam się, co jeszcze
powiedzieć.
Serce
podeszło mi do gardła. Poprosił mnie do tańca! Miałam wrażenie, że to wszystko
jest tylko pięknym snem, z którego za chwilę obudzi mnie mój budzik i będę
musiała iść do szkoły. Jednak to było zbyt realistyczne, żeby mogło być snem! Tak,
to była prawda! To działo się naprawdę!
-T...taak.
Jasne.
W tej
chwili zapomniałam wszystkiego, czego uczyła mnie Wiktoria. Zapomniałam, jak
liczy się do trzech. To było piękne i zarazem dziwne uczucie. Nigdy nie byłam w
takiej sytuacji. Pierwszy raz miałam zatańczyć z chłopakiem. Niezmiernie bałam
się, że zrobię coś nie tak i Kuba nigdy więcej nie będzie chciał ze mną tańczyć
i rozmawiać. Moje mieszane uczucia kumulowały się, ale starałam się je
powstrzymać, mimo że było to trudne.
Kiedy
weszliśmy na środek, właśnie skończyła się piosenka. Jak na złość, Dominik,
który operował sprzętem, włączył powolną piosenkę. Wprawdzie bardzo lubiłam jej
słuchać, kiedy było mi smutno, wtedy nie myślałam o przyczynie mojego smutku,
tylko o tym, jak bardzo wielbię tą piosenkę. Z drugiej strony wolne utwory są
raczej dla zakochanych par. Byłam zakochana, ale bez wzajemności.
Zaproponowałam Kubie, żebyśmy poczekali kilka minut i potem zatańczyli przy
szybszej piosence. Ten jednak nalegał i w końcu zgodziłam się. Początkowo
staliśmy daleko od siebie, jakby dzieliła nas jakaś niewidzialna bariera,
której nie możemy przekroczyć. Zaplotłam dłonie na jego szyi, dokładnie tak,
jak uczyła mnie Wiktoria, a on przybliżył się do mnie i chwycił mnie w pasie.
Powoli zaczęliśmy się poruszać. Czułam się nieswojo. Miałam nadzieję, że
niczego nie zawalę. Kuba przez całą piosenkę nie odrywał ode mnie wzroku, ale
ja starałam się patrzeć gdzieś w dal. W połowie piosenki zdecydował się zacząć
rozmowę.
-Świetnie
wyglądasz. Inaczej niż zwykle.
-Dziękuję
- nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć. - Naprawdę tak uważasz? Ja jestem trochę
innego zdania.
-Przesadzasz.
Po prostu nie wierzysz w siebie - starał się mnie pocieszyć.
-Może i
masz rację...
Przez
następne pięć minut rozmawialiśmy. Co dziwne, nie brakowało nam tematów. Kiedy
piosenka się skończyła, my dalej poruszaliśmy się w jej rytm. Kiedy
zauważyliśmy swoją "wpadkę", oboje roześmialiśmy się. Już nie byłam
spięta, wręcz przeciwnie - czułam się świetnie. Chyba nikt i nic nie mogło
przeszkodzić mi w tym wieczorze.
Kolejne
cztery piosenki przetańczyliśmy w szybkim tempie. Zaproponowałam Kubie, abyśmy
poszli do szkolnego sklepiku. Osobiście byłam bardzo spragniona. Siedzieliśmy
na ławce obok wyjścia ze szkoły, popijając colę. Niestety, nie mogłam za siebie
zapłacić. Kuba się na to nie zgodził. Wcześniej nie przyjmowałam do wiadomości,
aby zapłacił za mnie ktoś inny niż moi rodzice. W tym przypadku zgodziłam się
bez oporu. Po chwili znalazła nas Wiktoria. Przyszła z jakimś chłopakiem ze
starszej klasy. Wcześniej widywałam go tylko na szkolnym korytarzu. Poznaliśmy
się. Okazało się, że w towarzystwie Kamila moja przyjaciółka bawiła się
świetnie. Miałam nadzieję, że będzie z tego coś więcej i dzięki niemu Wiki
zapomni o rozstaniu z Maćkiem.
Kiedy
wróciliśmy na halę, dochodziła do końca kolejna piosenka. Musiałam przyznać, że
Wiktoria jest świetna w doborze muzyki, którą przygotowała już wczoraj, aby
dzisiaj nie marnować czasu. Już nikt nie stał pod ścianą, wszyscy tańczyli,
nieliczni wyszli na zewnątrz. Znów tańczyliśmy. Wiktoria starała się przebywać
blisko mnie. Zakładałam, że na wypadek pocałunku, który sobie wymyśliła. Przez
chwilę wydawało mi się, że Kuba zadaje się ze mną tylko dlatego, że nie było
dziewczyny, z którą naprawdę chciałby tańczyć i tylko ja byłam osobą, która nie
miała pary. Doszłam jednak do wniosku, że nie ma sensu tego rozpatrywać. Jeśli
jest tutaj ze mną, powinnam się z tego cieszyć, bo chyba na tym mi zależało -
być blisko niego. Pierwszy raz nie przejmowałam się innymi, siebie odstawiając
na bok. Dziś było odwrotnie. Dziś jestem tylko ja. I Kuba. Nikt więcej.
Podobało mi się to.
Dominik,
który pracował na wzorowe zachowanie, nie żałował wolnych piosenek. Przy jednej
z nich powiedział:
-Z
dedykacją dla wszystkich par, zwłaszcza dla was.
W
ciemnościach wypatrzyłam jego wzrok, skierowany w naszą stronę. Kumpel Kuby
wyobrażał sobie zbyt dużo. Zaczerwieniłam się, ale na szczęście nikt tego nie
zauważył. Musiałam to przełknąć i żyć dalej. Dobrze, że nie powiedział do
mikrofonu: "a teraz pocałunek". Gdyby taka sytuacja się nadarzyła,
uciekłabym stamtąd. Nie zniosłabym takiego upokorzenia.
Zostały
jakieś dwie godziny do końca dyskoteki. Bawiliśmy się świetnie. Spytałam Kubę,
czy nie nudzi mu się ze mną. Odpowiedział, że cieszy się, że przyszłam i nie
mógłby się nudzić nawet przy najgorszych piosenkach. Ucieszyła mnie taka
odpowiedź. Kiedy chcieliśmy wyjść z hali, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza,
znienacka do Kuby podeszła Ropucha. Stanęła na palcach i... pocałowała go?! Jak
ona tak mogła? Jakim prawem? Czy ich coś łączy? Nie, to niemożliwe. Po dwóch
sekundach oszołomiony Kuba odepchnął Ropuchę, która była najwyraźniej
zadowolona z tego, co uczyniła.
-Nigdzie
nie mogłam cię znaleźć, kotku - powiedziała ze złowrogim uśmiechem. - Ty też mnie
szukałeś, prawda?
Kuba zaczął
się bronić, ale ja już tego nie chciałam słuchać. Czułam się upokorzona. To
miał być taki magiczny wieczór. Jak on mógł tak postąpić? Czy to ona mu kazała?
Nie mieściło mi się w głowie, że Kuba był zdolny do takich rzeczy. Nie mogłam
dłużej na niego patrzeć. Wybiegłam ze szkoły ze łzami w oczach. W szkole
jeszcze się powstrzymywałam, bo nie lubię publicznie okazywać uczuć. Teraz
mogłam pozwolić łzom wydobyć się na zewnątrz i rozmazać mój makijaż. Było mi
wszystko jedno. Nie zależało mi na niczym. Już nawet nie byłam zła. To, co
czułam, to wściekłość na samą siebie, że dałam się tak nabrać. Jak mogłam być
taka głupia? Usiadłam na pierwszej ławce, którą minęłam, wybiegając ze szkoły.
Nie miałam siły podnieść ręki i otrzeć łez. Chciałabym, aby ten początkowo
piękny sen, a teraz koszmar, już się skończył. Jednak wiedziałam, że to
rzeczywistość. Czułam okropny ból w sercu.
Kiedy
zabrakło mi łez, wstałam i chciałam iść do domu, kiedy usłyszałam za sobą głos
Kuby. "O, nie. Nie w tej chwili. Nie ty", pomyślałam.
-Edyta,
czekaj.
Przyśpieszyłam
kroku. Kuba był ostatnią osobą, z którą chciałabym rozmawiać. Jednak
wiedziałam, że nawet jeśli będę biegnąć najszybciej, jak potrafię, on mnie
dogoni. Przecież jest sportowcem. Ma doskonałą kondycję. Postanowiłam wygarnąć
mu, co o nim myślę.
-Słuchaj -
zaczął, zdenerwowany. - To, co widziałaś, to nie by...
-...było to
co myślisz. Jasne - powiedziałam z sarkazmem. - Wiesz, co? Jak ty mogłeś mnie tak wykorzystać?! Tylko
dlatego, że nie mogłeś znaleźć swojej dziewczyny? Żałosne. Jak ty mogłeś mi się
podobać? - spytałam i w tej samej chwili pożałowałam tych słów.
-Dasz mi
wreszcie dojść do słowa? Proszę. Wysłuchaj mnie. To naprawdę nie było tak jak
myślisz. Ja jej nawet nie lubię. Kaśka zawsze taka była. Lubiła robić ludziom
na złość. I my jesteśmy jej kolejnymi ofiarami. Poza tym, jak ona całuje. Do
tej pory mam odruch wymiotny - skrzywił minę.
Uśmiechnęłam
się przez łzy. Jednak to nie był uśmiech, który okazuje się w chwilach, kiedy
ma się dobry humor.
-Zaraz, co
ty powiedziałaś na końcu? - zapytał Kuba.
-Czy to
jest takie ważne? - Łzy znowu napłynęły mi do oczu. Po jego minie stwierdziłam,
że tak. - Nie wiem. Nie pamiętam. Zniszczyliście najlepszy dzień mojego życia.
Jesteś z tego zadowolony?
-Nie, nie
jestem. Gdybym miał się do czego przyznać, to bym się przyznał - starał się
bronić Kuba. - Ona to wszystko udawała. Masz z nią jakieś porachunki?
-Nie wiem.
Nieważne. Do jutra - wstałam i szybkim krokiem odeszłam w stronę bramy.
Rozpłakałam się na dobre. Wierzyłam Kubie, ale nie mogłam znieść, że Ropucha go
pocałowała. Było mi trochę żal, że zostawiłam go tam samego. Ale w tamtej
chwili nie mogłam zrobić nic innego.
Kiedy byłam
już za zakrętem, zwolniłam. Kuba za mną nie biegł. Chyba zrozumiał, że chcę być
sama. Weszłam na chodnik i w mojej torebce rozbrzmiał dźwięk telefonu. Nie
miałam ochoty z nikim rozmawiać, ale zajrzałam. SMS od Wiktorii.
"Gdzie jesteś? Czyżby mały wypadzik
z Kubą? ;) Ja tu dostaję brawa za organizację, a ty randkujesz? Będziesz
musiała mi to wynagrodzić!".
Nie
chciałam, żeby się martwiła, więc odpisałam jej krótko:
"Poszłam do domu. Jutro Ci opowiem."
"Poszłam do domu. Jutro Ci opowiem."
Wrzuciłam
telefon do torebki i szłam dalej. Kilka minut później znów dźwięk telefonu.
Zakładałam, że Wiktoria była ciekawa, co się stało. Na ekranie wyświetlił się
napis: "Masz nową wiadomość".
"Przepraszam. Jest szansa, że kiedykolwiek się do
mnie odezwiesz?"
Od Kuby. Ciekawe, skąd miał mój numer. Nie odpisałam. Znów
chciało mi się płakać. Było mi przykro, bo być może Kuba się martwił, ale cała
ta sytuacja mnie przerosła. Postanowiłam, że nie będę nic mówić rodzicom. Po
prostu udam, że było fajnie. Wzięłam lusterko do ręki i chusteczką
wytarłam rozmazany tusz do rzęs. Wyglądałam fatalnie. Odgarnęłam włosy z czoła
i w zamyśleniu obejrzałam swoją twarz. Patrzyłam przez kilka sekund. Wreszcie
schowałam lusterko do torebki. Nie chciałam dłużej na siebie patrzeć. W torebce
znów dźwięk SMS.
"Przepraszam. Mimo wszystko to była najlepsza
dyskoteka mojego życia".
” Kiedy jest dobrze, należy spodziewać się nagłego przypływu smutnych wydarzeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz