piątek, 17 lutego 2012

Rozdział VI

No i wkraczamy w całkiem inną bajkę, mam nadzieję, że nie zrazicie się po tym rozdziale ;) Mam "tydzień pomysłów" i już wiem, co zrobić, żeby akcja była urozmaicona, ale nie przesadzona (tak mi się wydaje). Jestem z siebie dumna, bo mimo iż nie wchodzę na komputer, aby pisać, to robię to ręcznie, a potem tylko wklepuję na pendrive'a i jest tego coraz więcej ;) Po feriach pewnie znowu będzie mi to szło wolniej, mam masę sprawdzianów na pierwsze dni i nie wiem, czy uda mi się znaleźć czas na pisanie, choć mam nadzieję, że tak. I może teraz piszę do siebie (co byłoby dziwne, ale czym byłby świat bez dziwnych rzeczy i ludzi?), ale polubiłam to, co robię i w pełni to zaakceptowałam. Tamte sprawy chyba załatwiłam (nie jestem pewna co do szczerości niektórych osób), a jeśli ktoś jeszcze ma jakiś problem, to niech powie mi to prosto w twarz, a nie obgaduje za plecami. Wasze słowa przelatują mi koło ucha i choć niektóre z nich mogą boleć, nie należy się poddawać. To takie moje motto :D Więcej nie zanudzam, miłego czytania ;)
PS Ten rozdział jest połączeniem dwóch rozdziałów, ponieważ uznałam, iż ta druga część odnośnie zniknięcia Natalii, jest dość krótka i znowu będziecie narzekać, że krótkie :P
:*
Ala.


Rozdział  szósty



         -Mamo! Już jestem! - krzyknęłam, wchodząc do domu. - Dzień minął mi świetnie! Chciałabym... - zaczęłam, ale nie dokończyłam. Grobowe miny siostry i babci nie wróżyły nic dobrego. Natalia miała oczy pełne łez, a druga trzęsła się jak galaretka.
         Spojrzałam na nie pytająco, ale nikt nic nie mówił. Poczułam, że coś się stało i zaczęłam nerwowo chodzić po kuchni.
         -Powie mi ktoś, co się stało? - zapytałam w końcu.
         Natalia rozkleiła się na dobre. Była tylko o rok młodsza, ale to ona należała do tych najbardziej wrażliwych. To wysportowana i śliczna brunetka o spojrzeniu naszej mamy. Bardzo ją kocham i zawsze mówimy sobie o wszystkim. Właśnie dzisiaj chciałam powiedzieć jej o Kubie.
         -To ja już może pójdę - odezwała się Wiktoria. - Zobaczymy się jutro. Pa - I szybko wyszła z domu.
         -Co się, do licha, stało?! - prawie krzyczałam. - Powiedzcie mi, bo zwariuję!
         -Mama... Tata... Rodzice... - zaczęła cicho babcia, ale i ona się rozpłakała.
         -Co? - Powoli traciłam cierpliwość. - Proszę, powiedz mi, zaraz oszaleję z nerwów!
         -Oni... był wypadek. Jechali do miasta. Koniecznie chcieli ci kupić ten telefon, o którym ciągle gadałaś. To miała być niespodzianka - ciągnęła dalej babcia.
         -I co?
         -Zderzenie z wielką ciężarówką było zbyt silne, by ktokolwiek mógł je przeżyć - zakryła twarz dłońmi. - Mama przez kilka godzin walczyła o życie w szpitalu. Lekarze właściwie nie dawali jej żadnych szans...
         -O czym ty w ogóle mówisz? - Nie miałam zielonego pojęcia, co chciały mi przekazać.
         Dopiero teraz odezwała się Natalia.
         -Nasi rodzice NIE ŻYJĄ! Zginęli w wypadku samochodowym! Dotarło? - schowała swoją twarz w dłoniach.
         Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zakręciło mi się w głowie i chyba upadłam na podłogę. Kiedy doszłam do siebie, leżałam w swoim pokoju na łóżku. Od razu przypomniałam sobie, co się stało i rozpłakałam się. Natalia podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła. Leżałyśmy tak do późnego wieczora, kiedy zasnęła.
         Powoli wstałam i poszłam do babci. Mieszkała tuż obok, dlatego nawet nie zmieniałam butów. Miałam rozmazany tusz i spokojnie można było porównać mnie do wampira. Przytuliła mnie, a ja usiadłam na krześle przy stole. Przez dobre pół godziny gapiłam się w okno, nic nie mówiąc i nie wykonując nawet najmniejszego ruchu. Nie wiedziałam, co czuję, ogarniały mnie wszystkie negatywne uczucia naraz - złość, że jechali po mój głupi telefon, smutek po stracie obojga rodziców i strach - co z nami teraz będzie? Dom dziecka? Oby nas nie rozdzielili...
         -Babciu. Co stanie się ze mną i Natalią? - odezwałam się po długim milczeniu, kiedy babcia postawiła herbatę na stole.
         -Nie wiem. Na razie, dopóki badają przyczyny wypadku, identyfikują ciała, raczej zostaniecie w domu. Zaopiekuję się wami - patrzyła mi w oczy. - Obiecuję.
         -Ale co będzie potem? Czy trafimy do domu dziecka?
         -Nie wiem. Kochanie, proszę, nie martw się. Idź do do domu i prześpij się. Jeśli chcesz, pójdę z tobą i poczekam, aż zaśniesz.
         -Dziękuję. Jesteś wspaniała.
         Do teraz nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Wydawało mi się, że rodzice wyjechali na kilka dni na urlop, należał im się, bo pracują, to znaczy pracowali bardzo ciężko. Ale wrócą i znów wszystko będzie dobrze. Znów będziemy wspólnie z mamą oglądać telewizję, śmiać się z wychudzonych aktorek w kolorowych czasopismach... A z tatą grać w gry telewizyjne. Zazwyczaj były to wyścigi samochodowe, czego dziewczyny raczej nie lubią, ale tutaj zawsze się z czegoś śmialiśmy. Albo jego beemkę złapała policja albo ja rozbiłam swojego peugeota o inny samochód. Mama ciągle się denerwowała, bo krzyczeliśmy i wydawaliśmy dziwne odgłosy.
         Uwielbiałam wakacyjne wycieczki nad jezioro czy w pobliskie góry, spacery w parku razem ze Snaksem... Chwileczkę!
         -Babciu, a gdzie jest Snaks? - dopiero teraz zauważyłam, że go nie ma.
         -Edytko... Jakby ci to powiedzieć... Snaks jechał razem z twoimi rodzicami... - babcia próbowała być delikatna.
         Mój świat się zawalił. W ciągu jednego dnia straciłam trzy ważne dla mnie osoby (mojego psa traktowałam jak członka rodziny). Pobiegłam do domu i rzuciłam się na łóżko. Nie mogłam powstrzymać łez. Chciałam przestać żyć. Nic już nie miało dla mnie sensu.
         Całą noc siedziałam oparta o ścianę. Patrzyłam przed siebie. Nie myślałam o niczym. W każdym razie tak mi się wydawało. Chciałam zadzwonić do Wiktorii, ale na pewno już spała, po co będę zakłócać jej sen? Nad ranem zdrzemnęłam się na kilka minut. Śniło mi się, że jedziemy do mojej ulubionej pizzerii - ja, Natka, mama i tata. Akurat mieliśmy skręcić w lewo na skrzyżowaniu, gdy naprzeciw wyjechał jakiś samochód. Jechał tak, jakby w środku nie było kierowcy. Tata próbował jakoś go wyminąć, ale on wykonywał dokładnie te same ruchy. W końcu z wielkim trzaskiem zderzył się z naszym samochodem. Poczułam wielki ból i cała spocona zerwałam się na nogi. Było kilka minut po piątej.
         Poszłam do łazienki, żeby choć trochę się ogarnąć. Nie mogłam usiedzieć w miejscu ani minuty dłużej. Związałam włosy w długi warkocz i dużą ilością lodowatej wody przemyłam twarz. Włożyłam na siebie sweter i dżinsy - pierwsze ubrania, które miałam w szafie. Narzuciłam czarną kurtkę, wcisnęłam się w trampki i wyszłam na dwór. Słońce powoli wstawało. Ulicą przejechało kilka samochodów, chodnikiem przeszła może jedna osoba. Weszłam na ścieżkę prowadzącą do parku. Jakaś dziewczyna przebiegła ze słuchawkami w uszach. "Szczęśliwa, bo ma rodziców", pomyślałam. Nie życzyłam jej źle, ale w takich chwilach emocje biorą górę.
         Usiadłam na pierwszej ławce, jaką zobaczyłam i patrzyłam w dal. Mijająca mnie para dwudziestolatków najwyraźniej stwierdziła, że jestem niewidoma, bo machnęli rękami przed moimi oczami. Popatrzyli po sobie i poszli dalej.
         Wstałam i idąc drogą okrężną wróciłam do domu. Obudziłam Natalię. Jej też wydawało się, że to był tylko zły sen.
         -Dasz radę iść do szkoły? - spytałam.
         -Nie wiem, chyba nie. Zostanę w domu. Pójdę do babci i nakarmię zwierzęta, a potem czymś się zajmę - odparła, bez sił. - A ty?
         -Nie wytrzymam sekundy dłużej. Nie spałam całą noc. Muszę gdzieś wyjść. Poradzisz sobie?
         -Tak, jasne. Zadzwonię do którejś z przyjaciółek. Może jeszcze nie wyszły do szkoły.
         -Dobrze. Zrobić ci coś na śniadanie? - spytałam.
         -Nie. Nawet gdybym chciała, nic bym nie przełknęła - powiedziała i położyła się na łóżku.
         Spakowałam książki i zeszyty do torby, zmyłam resztę tuszu z oczu, pocałowałam siostrę w policzek i wyszłam. Wstąpiłam jeszcze do babci, żeby jej powiedzieć, że idę do szkoły. Zgodziła się zaopiekować Natalią. Miałam nadzieję, że przynajmniej dzisiaj nie stanie się nic złego.
            Przed budynkiem spotkałam się z Wiktorią. Widziała moje spuchnięte oczy.
         -Co się stało? - spytała. - Co ta Ropucha znowu zrobiła?
         -Jaka Ropucha? Co zrobiła? - kompletnie nie wiedziałam, o co jej chodzi.
         -Jak to jaka?! - oburzyła się. - Ta, która zniszczyła ci zabawę.
         -Co? Ach, nie. Nie chodzi o nią. Nie miałam głowy, żeby o tym myśleć.
         -Jak to? - jej mina była coraz bardziej poważna.
         Dłużej nie mogłam wytrzymać. Przytuliłam się do przyjaciółki, a z oczu popłynęły mi łzy.
         -Edzia, co się stało? Chodź, wejdziemy do szatni, tam nie ma nikogo. Będziesz mogła powiedzieć mi na spokojnie.
         -Ja - zaczęłam, kiedy już siedziałyśmy na drewnianej ławce - chciałam do ciebie zadzwonić, ale nie miałam siły.
         Nastała długa cisza. Musiałam ją przerwać.
         -Wczoraj moi rodzice mieli poważny wypadek. Tata zginął na miejscu, a mama zmarła w szpitalu podczas operacji. Lekarze i tak nie dawali jej szans.
         Znowu się rozpłakałam. Przed oczami miałam dzisiejszy sen. Czy tak rzeczywiście było? Czy ten kierowca ciężarówki był pijany? Czy to przysporzyło rodzicom cierpienia?
         -Przykro mi - powiedziała ze współczuciem Wiktoria. - Nie wiem, jak się czujesz, ale jesteś dla mnie jak siostra i bardzo polubiłam twoich rodziców. Przykro mi - powtórzyła.
         Przytuliłam ją, a za jej plecami zauważyłam wzrok Ropuchy wlepiony w nas. Odwróciła się i uciekła.
         -Kto tam był? - spytała Wiktoria.
         W odpowiedzi nie usłyszała niczego, prócz mojego ciężkiego oddechu.
         -Czy to była ona? Ta wredna wiedźma?
         Pokiwałam głową. Widocznie zdenerwowana wstała i ruszyła ku schodom.
         -Zaczekaj! - krzyknęłam za nią. - Proszę, zostań ze mną tutaj aż do dzwonka.
         -Dobrze. Masz siły się uczyć?
         -Nie wiem. Chyba nie. Musiałam przyjść do szkoły. W przeciwnym razie wzięłabym sznurek i skończyła ze sobą.
         -Nie możesz tak myśleć! - zaprzeczyła Wiki. - Masz jeszcze Natalię. Chcesz, aby cierpiała jeszcze bardziej?
         -Jasne, że nie. Masz rację. Dziękuję. Chodźmy już.
         Wstałam. Tylko na tyle wystarczyło mi sił. Wiktoria wzięła mnie pod rękę. Tak mi było o wiele łatwiej.
         Na drugim piętrze zobaczyłyśmy grupkę kolegów z klasy, na czele z Ropuchą. Nie zauważyła nas, bo ciągnęła dalej swój monolog.
         -Oboje! Wy to rozumiecie? Została jej tylko siostra!
         -No, na pewno! - krzyknął Dominik.
         -Serio! Ciekawe, co teraz z nią zrobią - nie wydawała się być zmartwiona moim losem.
         -Może jej jakoś pomożemy? - dopiero teraz zauważyłam Kubę.
         -Ale jak? My jako niepełnoletni nie możemy nic zrobić - odrzekł jeden z chłopaków.
         Nie chciałam dłużej słuchać tej rozmowy.
         -Chodźmy do łazienki. Może tam nikt nie będzie mówił o mnie.
         Zrobiłyśmy kilka kroków, kiedy Wiktoria się zatrzymała i obejrzała za siebie. Uczyniłam to samo. Kuba wlepił w nas wzrok i patrzył, głęboko zamyślony.
         -Idziesz? -  spytałam, będąc już pod drzwiami.
         -Tak, jasne -  miała trochę dziwną minę.
         Po skończonych lekcjach, z których wyniosłam niewiele, oprócz nieodpowiedniego zachowania z historii za nieuważanie podczas zajęć, stanęłam przed bramą i zwróciłam się do Wiktorii:
-Przepraszam, ale chcę się przejść i przemyśleć kilka spraw - powiedziałam cicho, wychodząc ze szkoły.
         -Dobrze. Uważaj na siebie. Trzymaj się - lekko się uśmiechnęła. - Do zobaczenia.
         Przechodząc na drugą stronę ulicy, nie zauważyłam jadącego samochodu, który zatrzymał się centymetr przede mną. Zza okna wychylił się facet koło czterdziestki. Coś krzyczał, ale kompletnie go nie słuchałam.
         -Przepraszam - z ogromnym trudem wypowiedziałam to słowo, przerywając jego uwagi na temat bezpieczeństwa. Weszłam na chodnik i na chwilę przystanęłam. Potem powoli ruszyłam w stronę domu. Nagle usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Ktoś musiał biegnąć, bo odgłosy następowały po sobie w bardzo krótkim czasie.
         -Zaczekaj! - usłyszałam za sobą znajomy głos.
         -Kuba? - nie kryłam zdziwienia. - Co ty tu robisz? Przecież ty mieszkasz zupełnie gdzieś indziej.
         -Tak. Ale chciałbym cię odprowadzić. Chyba nie masz nic przeciwko? - popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
         -Nie musisz się nade mną litować - mój głos brzmiał nijak.
         -No, proszę, zgódź się! Jeszcze zasłabniesz po drodze.
         -Zależy ci? - Chyba trochę za szybko odpowiedziałam.
         -Tak, zależy. Poza tym nie przyjmuję odmowy.
         -Dobrze. Niech ci będzie - zgodziłam się.
         -Posłuchaj - odezwał się po dziesięciu minutach ciszy. - Kaśka mówiła o jakimś wypadku. To prawda?
         Pokiwałam głową. Nie miałam siły, żeby cokolwiek powiedzieć.
         -Naprawdę, bardzo mi przykro. Moja mama miała zawał, kiedy miałem dwanaście lat. Zostaliśmy z tatą we dwójkę. Z początku nie mogliśmy sobie poradzić. Byłem załamany. Na jakiś czas zamknąłem się w sobie - na chwilę się zatrzymał. - Tata szukał dla mnie jakiegoś psychologa, ale nawet najlepszy niewiele zrobił w tej kwestii... Dopiero, kiedy znalazłem prawdziwego przyjaciela, wyszedłem z dołka. Naprawdę, jestem pełen podziwu, że jakoś doszłaś do szkoły. Jesteś dziewczyną o stalowych nerwach.
         -Tylko na zewnątrz - przerwałam mu. - W środku wszystko we mnie buzuje. Kiedyś, zaraz po urodzeniu, przyjęłam za najważniejszą zasadę, aby nigdy nie okazywać swoich uczuć przy innych, oprócz najbliższej rodziny - popatrzyłam na niego. Powiódł wzrok daleko przed siebie, jakby był niewidomy.
         Przez dwie godziny szliśmy obok siebie. Prawie cały ten czas nawijałam o moich rodzicach, jacy byli, co lubili, a czego nie.
         -Jedyne, czego boję się naprawdę, to to, co będzie ze mną i Natalią. Nie mamy żadnej opieki. W każdym momencie może ktoś przyjechać i bezprawnie nas stąd zabrać - po policzku popłynęła mi łza. - Nie chcę, aby nas rozdzielono!
         Kiedy dochodziliśmy pod mój dom, zatrzymaliśmy się. Wziął mnie za ręce.
         -Posłuchaj, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Na pewno będziecie razem z siostrą szczęśliwe. Uwierz w to - spojrzał mi głęboko w oczy. - Nie martw się. Ktoś nad wami czuwa i na pewno nie pozwoli, byś cierpiała.
         -Dziękuję - powiedziałam i mimowolnie go uścisnęłam. - Będę o tym pamiętać. Jestem ci wdzięczna za wszystko. Trochę mi głupio, że musisz teraz iść sam taki kawał drogi.
         -Nie przejmuj się. Ważne, że bezpiecznie doszłaś do domu. Trzymaj się - pożegnał mnie uśmiechem.
         -Pa - pierwszy raz od wypadku szczerze się uśmiechnęłam.
         W domu nie zastałam nikogo, to znaczy... właściwie nie było Natki. Któż inny mógłby być? Rzuciłam torbę na podłogę i poszłam do babci.
         -Cześć, gdzie jest Natka? - spytałam.
         Właśnie rozmawiała przez telefon.
         -Poczekaj chwileczkę - powiedziała do słuchawki. - Słucham?
         -Gdzie jest Natka? - powtórzyłam pytanie.
         -Nudziło jej się i poszła do domu. Mówiła, że chce się przespać. Była dziwnie spokojna.
         -Dziękuję - powiedziałam i wróciłam do domu.
         Mojej siostry tam jednak nie było. Przeszukałam każdy kąt. Pobiegłam jeszcze raz do babci.
         -Babciu, babciu! Nie ma jej w domu! - krzyczałam, zanim weszłam do środka.
         -Jak to nie ma? Co ty wygadujesz?
         -Po prostu. Nie ma! Zniknęła!

―――――――――――――――――――――――――

         -Nie odbiera! - byłam coraz bardziej zdenerwowana.
         -Spróbuj jeszcze raz. Ja zadzwonię do jej najlepszej kumpeli. Jak jej tam?
         -Jolka.
         Natalia  przyjaźniła się z Jolą od najmłodszych lat. Poznały się, bo nasze mamy często spotykały się u nas w domu. U Jolki nie było nikogo, z kim mogłaby zostać, więc przychodziły razem i tak się zaprzyjaźniły.
         -Ona też nic nie wie - babcia usiadła na krześle.
         Przeglądając listę kontaktów w swoim telefonie, zauważyłam jeden wpis - którego wcześniej nie było. To numer... Kuby?! Co on tu robi?! Tak, to pewnie sprawka Wiki, pomyślałam. Nie miałam teraz czasu na zastanawianie się, po prostu wybrałam ten numer. Chyba był zdziwiony, gdy usłyszał mój głos, bo zapytał z niedowierzaniem:
         -Edyta?
         -Tak. Posłuchaj - całkowicie się skupiłam. - Moja siostra gdzieś zniknęła. Mógłbyś mi pomóc? Już nie wiem, co robić, gdzie szukać...
         -Jasne, pomogę. Jestem niedaleko, zaraz będę.
         -Dziękuję.
         Rozłączając się, miałam w głowie milion różnych wizji. Gdzie jest Natalia? Czy przebywa tam dobrowolnie? Czy wszystko w porządku? Modliłam się, żeby nic się nie stało. Czy kolejne nieszczęście musi na mnie spadać?
         Spoglądnęłam przez okno z nadzieją, że Natalia wraca cała i zdrowa. Daleko, na ulicy, pojawiła się jakaś postać - dobrze zbudowana, ale na moją siostrę za wysoka. Dopiero z bliska zauważyłam, że to Kuba. Zanim wybiegłam z domu, rzuciłam babci kilka słów, żeby na wszelki wypadek nie ruszała się z domu i że jestem „pod telefonem”.
         -Jasne - odrzekła cichym głosem, kiedy byłam już za drzwiami.
         -Cześć, Kuba. Dzięki, że przyszedłeś.
         -Nie ma sprawy. Może chodźmy najpierw do parku. Popytamy ludzi, ktoś musiał ją widzieć - zaproponował.
         -Dobry pomysł. Może się rozdzielimy. Ja pójdę tam, na zachód - wskazałam palcem ścieżkę, na której było tylko kilku ludzi. - Ty idź w przeciwną stronę. Spotkamy się za jakieś dziesięć minut. Na pewno się na siebie natkniemy na końcu tej alei. Gdybyś czegoś się dowiedział, dzwoń, masz mój numer.
Pokiwał głową.
         Jako pierwszą spotkałam pewną biegnącą dziewczynę. Zatrzymałam ją.
         -Cześć. Przepraszam, że przeszkadzam w joggingu. Szukam mojej siostry. Wysoka, dobrze zbudowana brunetka w okularach. Mogła mieć na sobie czarną skórzaną kurtkę i niebieskie dżinsy.
         -Nie. Sorry.
         I wróciła do biegania.
         Następnie przeszkodziłam starszej pani z psem na smyczy. Ona też nic nie widziała. Na końcu ścieżki zatrzymałam pewnego pana z dużym brzuchem. Był ostatnią nadzieją, bo już z daleka widziałam Kubę, który najwyraźniej niczego się nie dowiedział.
         -Nie, nie spotkałem - wzruszył ramionami. Kiedy już miałam odchodzić, jakby go olśniło. - Chociaż, tak. Przypominam sobie. Szło jakieś biedne dziecko. Całe blade i roztrzęsione. Mówiło coś do siebie. O jakimś treningu, rodzicach i wypadku. Pomyślałem, że może się zgubiło, ale gdzieś pobiegło i tyle je widziałem.
         To mi wystarczyło.
         -Dziękuję - powiedziałam i pobiegłam w stronę Kuby.
         -Chyba wiem, gdzie ona jest. Chodźmy pod miejską halę sportową. Natalia zawsze tu chodziła, kiedy miała doła. Wyładowywała się na piłce.
         -Do nożnej? - zaciekawił się.
         -Nie, do ręcznej. Uwielbia ją. Jest w tym najlepsza.
         Po drodze opowiedziałam mu o sukcesach sportowych swojej uzdolnionej siostry.
         -Chciała... to znaczy chce dołączyć do najlepszej w województwie i jednej z najlepszych w kraju kadry. Z pewnością przyjmą ją bez kolejki. Zdobyła kilka tytułów najlepszego gracza meczu, a od trzech lat jest najlepszą szczypiornistką roku - opowiadałam z dumą, ale i smutkiem. - Półka w jej pokoju ugina się od pucharów i nagród. O, to tam - wskazałam palcem na duży budynek.
         W środku coś się działo, bo w kole zgromadzeni byli wszyscy obecni. Nad kimś „wisieli”, ale Natki nigdzie nie było. Podeszłam bliżej, żeby spytać. Moja mina musiała mówić wszystko, bo szeroko rozwarłam usta i przez kilka dobrych sekund ich nie zamykałam.
         Nie mogłam uwierzyć, że Natce mogłoby się coś stać. Od zawsze była okazem zdrowia i chorowała tylko raz w życiu - na ospę.
         Razem z Kubą przecisnęliśmy się przez tłum gapiów.
         -Co jej jest? - spytałam z niepokojem.
         -Wszystko pod kontrolą - odezwał się trener. - Niepotrzebnie przychodziła na trening. Wyglądała niewyraźnie. Zrobiła sobie bardzo wyczerpującą rozgrzewkę. Wiele, naprawdę wiele razy rzucała z wielkim wysiłkiem. Przy jednym z rzutów potknęła się i wykończona przewróciła się. Już nie wstała... Straciła przytomność. Gdzie ta karetka?! - krzyknął do kogoś, kogo nie widziałam.
         W drodze do szpitala trzymałam Natalię za rękę i modliłam się w duchu, aby wszystko było dobrze. Nagle podskoczyłam. Babcia! Ona o niczym nie wie!
         -Ten twój kolega przybiegł do mnie i mi powiedział o tym - babcia też była zdenerwowana.
         -Weź taksówkę i przyjedź do szpitala. Mam nadzieję, że już naprawdę nic się nie stanie - powiedziałam ze zrezygnowaniem.
         -Jak długo może trwać badanie?
         Byłam zniecierpliwiona i jeśli zaraz ktoś mi czegoś nie powie, wejdę tam i sama się czegoś dowiem. Nagle nade mną stanął lekarz. Podniosłam wzrok.
         -Z twoją siostrą wszystko w porządku. Miała podwyższone ciśnienie krwi, ale już się ustabilizowało. Po przejrzeniu wyników badań będzie mogła wyjść do domu - doktor lekko się uśmiechnął.
         -Dziękuję. Czy mogłabym do niej wejść?
         -Tak, ale.. - w jego głosie czułam zmieszanie. - Muszę z tobą o czymś porozmawiać. Chodźmy do mojego gabinetu.
         -Usiądź - lekarz wskazał na krzesło przy biurku. - Twoja babcia powiedziała, że niedawno straciłaś rodziców.
Spuściłam głowę.
         -To dla mnie i mojej siostry bardzo bolesne doświadczenie - po policzku popłynęła mi łza.
         -Jest jedna rzecz, o której raczej nie myślałaś.
         Popatrzył na mnie uważnie. Wiedziałam, o co chodzi, ale bałam się tej rozmowy. Na pewno nie wyjdę z niej szczęśliwsza.
         -Jako osoba niepełnoletnia nie możesz mieszkać bez opieki. Ciebie i twoją siostrę, najprawdopodobniej jeszcze w tym tygodniu, zabiorą do najbliższego domu dziecka.
         Znów spuściłam głowę.
         -Tak, myślałam o tym, chociaż bardzo nie chciałam. To kwestia co najwyżej dwóch dób, prawda?
Złożył ręce i mocno je ścisnął.
         -Przykro mi. Ja niestety nic nie mogę zrobić.
         Rozpłakałam się i wybiegłam na korytarz. Nie mogłam tego dłużej słuchać. Przecież życie poza domem, wśród obcych, w ogóle nie ma sensu! I to wszystko przeze mnie. To moja wina. Zachciało mi się głupiego telefonu, a rodzice koniecznie chcieli mi zrobić niespodziankę. I mam niespodziankę! Dom dziecka! Czy może być jeszcze gorzej?

Śmierć bliskiej osoby bardzo boli. Nie rozumiesz, nie godzisz się z nią, dopiero po jakimś czasie uczysz się z tym żyć. Twoje serce zawsze będzie pamiętać. To dla zmarłego cudowne wynagrodzenie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz