No i wkraczamy w całkiem inną bajkę, mam nadzieję, że nie zrazicie się po tym rozdziale ;) Mam "tydzień pomysłów" i już wiem, co zrobić, żeby akcja była urozmaicona, ale nie przesadzona (tak mi się wydaje). Jestem z siebie dumna, bo mimo iż nie wchodzę na komputer, aby pisać, to robię to ręcznie, a potem tylko wklepuję na pendrive'a i jest tego coraz więcej ;) Po feriach pewnie znowu będzie mi to szło wolniej, mam masę sprawdzianów na pierwsze dni i nie wiem, czy uda mi się znaleźć czas na pisanie, choć mam nadzieję, że tak. I może teraz piszę do siebie (co byłoby dziwne, ale czym byłby świat bez dziwnych rzeczy i ludzi?), ale polubiłam to, co robię i w pełni to zaakceptowałam. Tamte sprawy chyba załatwiłam (nie jestem pewna co do szczerości niektórych osób), a jeśli ktoś jeszcze ma jakiś problem, to niech powie mi to prosto w twarz, a nie obgaduje za plecami. Wasze słowa przelatują mi koło ucha i choć niektóre z nich mogą boleć, nie należy się poddawać. To takie moje motto :D Więcej nie zanudzam, miłego czytania ;)
PS Ten rozdział jest połączeniem dwóch rozdziałów, ponieważ uznałam, iż ta druga część odnośnie zniknięcia Natalii, jest dość krótka i znowu będziecie narzekać, że krótkie :P
:*
Ala.
Rozdział szósty
-Mamo!
Już jestem! - krzyknęłam, wchodząc do domu. - Dzień minął mi świetnie!
Chciałabym... - zaczęłam, ale nie dokończyłam. Grobowe miny siostry i babci nie
wróżyły nic dobrego. Natalia miała oczy pełne łez, a druga trzęsła się jak
galaretka.
Spojrzałam
na nie pytająco, ale nikt nic nie mówił. Poczułam, że coś się stało i zaczęłam
nerwowo chodzić po kuchni.
-Powie
mi ktoś, co się stało? - zapytałam w końcu.
Natalia
rozkleiła się na dobre. Była tylko o rok młodsza, ale to ona należała do tych
najbardziej wrażliwych. To wysportowana i śliczna brunetka o spojrzeniu naszej
mamy. Bardzo ją kocham i zawsze mówimy sobie o wszystkim. Właśnie dzisiaj
chciałam powiedzieć jej o Kubie.
-To
ja już może pójdę - odezwała się Wiktoria. - Zobaczymy się jutro. Pa - I szybko
wyszła z domu.
-Co
się, do licha, stało?! - prawie krzyczałam. - Powiedzcie mi, bo zwariuję!
-Mama...
Tata... Rodzice... - zaczęła cicho babcia, ale i ona się rozpłakała.
-Co?
- Powoli traciłam cierpliwość. - Proszę, powiedz mi, zaraz oszaleję z nerwów!
-Oni...
był wypadek. Jechali do miasta. Koniecznie chcieli ci kupić ten telefon, o
którym ciągle gadałaś. To miała być niespodzianka - ciągnęła dalej babcia.
-I
co?
-Zderzenie
z wielką ciężarówką było zbyt silne, by ktokolwiek mógł je przeżyć - zakryła
twarz dłońmi. - Mama przez kilka godzin walczyła o życie w szpitalu. Lekarze
właściwie nie dawali jej żadnych szans...
-O
czym ty w ogóle mówisz? - Nie miałam zielonego pojęcia, co chciały mi przekazać.
Dopiero
teraz odezwała się Natalia.
-Nasi
rodzice NIE ŻYJĄ! Zginęli w wypadku samochodowym! Dotarło? - schowała swoją
twarz w dłoniach.
Poczułam,
jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zakręciło mi się w głowie i chyba upadłam
na podłogę. Kiedy doszłam do siebie, leżałam w swoim pokoju na łóżku. Od razu
przypomniałam sobie, co się stało i rozpłakałam się. Natalia podeszła do mnie i
mocno mnie przytuliła. Leżałyśmy tak do późnego wieczora, kiedy zasnęła.
Powoli
wstałam i poszłam do babci. Mieszkała tuż obok, dlatego nawet nie zmieniałam
butów. Miałam rozmazany tusz i spokojnie można było porównać mnie do wampira.
Przytuliła mnie, a ja usiadłam na krześle przy stole. Przez dobre pół godziny
gapiłam się w okno, nic nie mówiąc i nie wykonując nawet najmniejszego ruchu.
Nie wiedziałam, co czuję, ogarniały mnie wszystkie negatywne uczucia naraz -
złość, że jechali po mój głupi telefon, smutek po stracie obojga rodziców i
strach - co z nami teraz będzie? Dom dziecka? Oby nas nie rozdzielili...
-Babciu.
Co stanie się ze mną i Natalią? - odezwałam się po długim milczeniu, kiedy
babcia postawiła herbatę na stole.
-Nie
wiem. Na razie, dopóki badają przyczyny wypadku, identyfikują ciała, raczej
zostaniecie w domu. Zaopiekuję się wami - patrzyła mi w oczy. - Obiecuję.
-Ale
co będzie potem? Czy trafimy do domu dziecka?
-Nie wiem. Kochanie, proszę, nie martw
się. Idź do do domu i prześpij się. Jeśli chcesz, pójdę
z tobą i poczekam, aż zaśniesz.
-Dziękuję.
Jesteś wspaniała.
Do
teraz nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Wydawało mi się, że rodzice
wyjechali na kilka dni na urlop, należał im się, bo pracują, to znaczy pracowali bardzo
ciężko. Ale wrócą i znów wszystko będzie dobrze. Znów będziemy wspólnie z mamą
oglądać telewizję, śmiać się z wychudzonych aktorek w kolorowych
czasopismach... A z tatą grać w gry telewizyjne. Zazwyczaj były to wyścigi
samochodowe, czego dziewczyny raczej nie lubią, ale tutaj zawsze się z czegoś
śmialiśmy. Albo jego beemkę złapała policja albo ja rozbiłam swojego peugeota o
inny samochód. Mama ciągle się denerwowała, bo krzyczeliśmy i wydawaliśmy
dziwne odgłosy.
Uwielbiałam
wakacyjne wycieczki nad jezioro czy w pobliskie góry, spacery w parku razem ze
Snaksem... Chwileczkę!
-Babciu,
a gdzie jest Snaks? - dopiero teraz zauważyłam, że go nie ma.
-Edytko...
Jakby ci to powiedzieć... Snaks jechał razem z twoimi rodzicami... - babcia
próbowała być delikatna.
Mój
świat się zawalił. W ciągu jednego dnia straciłam trzy ważne dla mnie osoby
(mojego psa traktowałam jak członka rodziny). Pobiegłam do domu i rzuciłam się
na łóżko. Nie mogłam powstrzymać łez. Chciałam przestać żyć. Nic już nie miało
dla mnie sensu.
Całą
noc siedziałam oparta o ścianę. Patrzyłam przed siebie. Nie myślałam o niczym.
W każdym razie tak mi się wydawało. Chciałam zadzwonić do Wiktorii, ale na
pewno już spała, po co będę zakłócać jej sen? Nad ranem zdrzemnęłam się na
kilka minut. Śniło mi się, że jedziemy do mojej ulubionej pizzerii - ja, Natka,
mama i tata. Akurat mieliśmy skręcić w lewo na skrzyżowaniu, gdy naprzeciw
wyjechał jakiś samochód. Jechał tak, jakby w środku nie było kierowcy. Tata
próbował jakoś go wyminąć, ale on wykonywał dokładnie te same ruchy. W końcu z
wielkim trzaskiem zderzył się z naszym samochodem. Poczułam wielki ból i cała
spocona zerwałam się na nogi. Było kilka minut po piątej.
Poszłam
do łazienki, żeby choć trochę się ogarnąć. Nie mogłam usiedzieć w miejscu ani
minuty dłużej. Związałam włosy w długi warkocz i dużą ilością lodowatej wody
przemyłam twarz. Włożyłam na siebie sweter i dżinsy - pierwsze ubrania, które
miałam w szafie. Narzuciłam czarną kurtkę, wcisnęłam się w trampki i wyszłam na
dwór. Słońce powoli wstawało. Ulicą przejechało kilka samochodów, chodnikiem
przeszła może jedna osoba. Weszłam na ścieżkę prowadzącą do parku. Jakaś
dziewczyna przebiegła ze słuchawkami w uszach. "Szczęśliwa, bo ma rodziców",
pomyślałam. Nie życzyłam jej źle, ale w takich chwilach emocje biorą górę.
Usiadłam
na pierwszej ławce, jaką zobaczyłam i patrzyłam w dal. Mijająca mnie para
dwudziestolatków najwyraźniej stwierdziła, że jestem niewidoma, bo machnęli
rękami przed moimi oczami. Popatrzyli po sobie i poszli dalej.
Wstałam
i idąc drogą okrężną wróciłam do domu. Obudziłam Natalię. Jej też wydawało się,
że to był tylko zły sen.
-Dasz
radę iść do szkoły? - spytałam.
-Nie
wiem, chyba nie. Zostanę w domu. Pójdę do babci i nakarmię zwierzęta, a potem
czymś się zajmę - odparła, bez sił. - A ty?
-Nie
wytrzymam sekundy dłużej. Nie spałam całą noc. Muszę gdzieś wyjść. Poradzisz
sobie?
-Tak,
jasne. Zadzwonię do którejś z przyjaciółek. Może jeszcze nie wyszły do szkoły.
-Dobrze.
Zrobić ci coś na śniadanie? - spytałam.
-Nie.
Nawet gdybym chciała, nic bym nie przełknęła - powiedziała i położyła się na
łóżku.
Spakowałam
książki i zeszyty do torby, zmyłam resztę tuszu z oczu, pocałowałam siostrę w
policzek i wyszłam. Wstąpiłam jeszcze do babci, żeby jej powiedzieć, że idę do
szkoły. Zgodziła się zaopiekować Natalią. Miałam nadzieję, że przynajmniej
dzisiaj nie stanie się nic złego.
Przed budynkiem spotkałam się z
Wiktorią. Widziała moje spuchnięte oczy.
-Co
się stało? - spytała. - Co ta Ropucha znowu zrobiła?
-Jaka
Ropucha? Co zrobiła? - kompletnie nie wiedziałam, o co jej chodzi.
-Jak
to jaka?! - oburzyła się. - Ta, która zniszczyła ci zabawę.
-Co?
Ach, nie. Nie chodzi o nią. Nie miałam głowy, żeby o tym myśleć.
-Jak
to? - jej mina była coraz bardziej poważna.
Dłużej
nie mogłam wytrzymać. Przytuliłam się do przyjaciółki, a z oczu popłynęły mi
łzy.
-Edzia,
co się stało? Chodź, wejdziemy do szatni, tam nie ma nikogo. Będziesz mogła
powiedzieć mi na spokojnie.
-Ja
- zaczęłam, kiedy już siedziałyśmy na drewnianej ławce - chciałam do ciebie
zadzwonić, ale nie miałam siły.
Nastała
długa cisza. Musiałam ją przerwać.
-Wczoraj
moi rodzice mieli poważny wypadek. Tata zginął na miejscu, a mama zmarła w
szpitalu podczas operacji. Lekarze i tak nie dawali jej szans.
Znowu
się rozpłakałam. Przed oczami miałam dzisiejszy sen. Czy tak rzeczywiście było?
Czy ten kierowca ciężarówki był pijany? Czy to przysporzyło rodzicom cierpienia?
-Przykro
mi - powiedziała ze współczuciem Wiktoria. - Nie wiem, jak się czujesz, ale
jesteś dla mnie jak siostra i bardzo polubiłam twoich rodziców. Przykro mi
- powtórzyła.
Przytuliłam
ją, a za jej plecami zauważyłam wzrok Ropuchy wlepiony w nas. Odwróciła się i
uciekła.
-Kto
tam był? - spytała Wiktoria.
W
odpowiedzi nie usłyszała niczego, prócz mojego ciężkiego oddechu.
-Czy
to była ona? Ta wredna wiedźma?
Pokiwałam
głową. Widocznie zdenerwowana wstała i ruszyła ku schodom.
-Zaczekaj!
- krzyknęłam za nią. - Proszę, zostań ze mną tutaj aż do dzwonka.
-Dobrze.
Masz siły się uczyć?
-Nie
wiem. Chyba nie. Musiałam przyjść do szkoły. W przeciwnym razie wzięłabym
sznurek i skończyła ze sobą.
-Nie
możesz tak myśleć! - zaprzeczyła Wiki. - Masz jeszcze Natalię. Chcesz, aby
cierpiała jeszcze bardziej?
-Jasne,
że nie. Masz rację. Dziękuję. Chodźmy już.
Wstałam.
Tylko na tyle wystarczyło mi sił. Wiktoria wzięła mnie pod rękę. Tak mi było o
wiele łatwiej.
Na
drugim piętrze zobaczyłyśmy grupkę kolegów z klasy, na czele z Ropuchą. Nie
zauważyła nas, bo ciągnęła dalej swój monolog.
-Oboje!
Wy to rozumiecie? Została jej tylko siostra!
-No,
na pewno! - krzyknął Dominik.
-Serio!
Ciekawe, co teraz z nią zrobią - nie wydawała się być zmartwiona moim losem.
-Może
jej jakoś pomożemy? - dopiero teraz zauważyłam Kubę.
-Ale
jak? My jako niepełnoletni nie możemy nic zrobić - odrzekł jeden z chłopaków.
Nie
chciałam dłużej słuchać tej rozmowy.
-Chodźmy
do łazienki. Może tam nikt nie będzie mówił o mnie.
Zrobiłyśmy
kilka kroków, kiedy Wiktoria się zatrzymała i obejrzała za siebie. Uczyniłam to
samo. Kuba wlepił w nas wzrok i patrzył, głęboko zamyślony.
-Idziesz?
- spytałam, będąc już pod drzwiami.
-Tak,
jasne - miała trochę dziwną minę.
Po
skończonych lekcjach, z których wyniosłam niewiele, oprócz nieodpowiedniego
zachowania z historii za nieuważanie podczas zajęć, stanęłam przed bramą i
zwróciłam się do Wiktorii:
-Przepraszam, ale chcę się
przejść i przemyśleć kilka spraw - powiedziałam cicho, wychodząc ze szkoły.
-Dobrze.
Uważaj na siebie. Trzymaj się - lekko się uśmiechnęła. - Do zobaczenia.
Przechodząc
na drugą stronę ulicy, nie zauważyłam jadącego samochodu, który zatrzymał się
centymetr przede mną. Zza okna wychylił się facet koło czterdziestki. Coś
krzyczał, ale kompletnie go nie słuchałam.
-Przepraszam
- z ogromnym trudem wypowiedziałam to słowo, przerywając jego uwagi na temat
bezpieczeństwa. Weszłam na chodnik i na chwilę przystanęłam. Potem powoli
ruszyłam w stronę domu. Nagle usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Ktoś musiał
biegnąć, bo odgłosy następowały po sobie w bardzo krótkim czasie.
-Zaczekaj!
- usłyszałam za sobą znajomy głos.
-Kuba?
- nie kryłam zdziwienia. - Co ty tu robisz? Przecież ty mieszkasz zupełnie gdzieś
indziej.
-Tak.
Ale chciałbym cię odprowadzić. Chyba nie masz nic przeciwko? - popatrzył na mnie
błagalnym wzrokiem.
-Nie
musisz się nade mną litować - mój głos brzmiał nijak.
-No,
proszę, zgódź się! Jeszcze zasłabniesz po drodze.
-Zależy
ci? - Chyba trochę za szybko odpowiedziałam.
-Tak,
zależy. Poza tym nie przyjmuję odmowy.
-Dobrze.
Niech ci będzie - zgodziłam się.
-Posłuchaj
- odezwał się po dziesięciu minutach ciszy. - Kaśka mówiła o jakimś wypadku. To prawda?
Pokiwałam
głową. Nie miałam siły, żeby cokolwiek powiedzieć.
-Naprawdę,
bardzo mi przykro. Moja mama miała zawał, kiedy miałem dwanaście lat.
Zostaliśmy z tatą we dwójkę. Z początku nie mogliśmy sobie poradzić. Byłem
załamany. Na jakiś czas zamknąłem się w sobie - na chwilę się zatrzymał. - Tata
szukał dla mnie jakiegoś psychologa, ale nawet najlepszy niewiele zrobił w tej
kwestii... Dopiero, kiedy znalazłem prawdziwego przyjaciela, wyszedłem z dołka.
Naprawdę, jestem pełen podziwu, że jakoś doszłaś do szkoły. Jesteś dziewczyną o
stalowych nerwach.
-Tylko na zewnątrz - przerwałam mu. - W
środku wszystko we mnie buzuje. Kiedyś, zaraz po urodzeniu,
przyjęłam za najważniejszą zasadę, aby nigdy nie okazywać swoich uczuć przy
innych, oprócz najbliższej rodziny - popatrzyłam na niego. Powiódł wzrok daleko
przed siebie, jakby był niewidomy.
Przez
dwie godziny szliśmy obok siebie. Prawie cały ten czas nawijałam o moich
rodzicach, jacy byli, co lubili, a czego nie.
-Jedyne,
czego boję się naprawdę, to to, co będzie ze mną i Natalią. Nie mamy żadnej
opieki. W każdym momencie może ktoś przyjechać i bezprawnie nas stąd zabrać - po
policzku popłynęła mi łza. - Nie chcę, aby nas rozdzielono!
Kiedy
dochodziliśmy pod mój dom, zatrzymaliśmy się. Wziął mnie za ręce.
-Posłuchaj,
wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Na pewno będziecie razem z siostrą szczęśliwe.
Uwierz w to - spojrzał mi głęboko w oczy. - Nie martw się. Ktoś nad wami czuwa i
na pewno nie pozwoli, byś cierpiała.
-Dziękuję
- powiedziałam i mimowolnie go uścisnęłam. - Będę o tym pamiętać. Jestem ci
wdzięczna za wszystko. Trochę mi głupio, że musisz teraz iść sam taki kawał
drogi.
-Nie
przejmuj się. Ważne, że bezpiecznie doszłaś do domu. Trzymaj się - pożegnał mnie
uśmiechem.
-Pa
- pierwszy raz od wypadku szczerze się uśmiechnęłam.
W
domu nie zastałam nikogo, to znaczy... właściwie nie było Natki. Któż inny
mógłby być? Rzuciłam torbę na podłogę i poszłam do babci.
-Cześć,
gdzie jest Natka? - spytałam.
Właśnie
rozmawiała przez telefon.
-Poczekaj
chwileczkę - powiedziała do słuchawki. - Słucham?
-Gdzie
jest Natka? - powtórzyłam pytanie.
-Nudziło
jej się i poszła do domu. Mówiła, że chce się przespać. Była dziwnie spokojna.
-Dziękuję
- powiedziałam i wróciłam do domu.
Mojej
siostry tam jednak nie było. Przeszukałam każdy kąt. Pobiegłam jeszcze raz do
babci.
-Babciu,
babciu! Nie ma jej w domu! - krzyczałam, zanim weszłam do środka.
-Jak
to nie ma? Co ty wygadujesz?
-Po
prostu. Nie ma! Zniknęła!
―――――――――――――――――――――――――
-Nie
odbiera! - byłam coraz bardziej zdenerwowana.
-Spróbuj
jeszcze raz. Ja zadzwonię do jej najlepszej kumpeli. Jak jej tam?
-Jolka.
Natalia przyjaźniła się z Jolą od najmłodszych lat.
Poznały się, bo nasze mamy często spotykały się u nas w domu. U Jolki nie było
nikogo, z kim mogłaby zostać, więc przychodziły razem i tak się zaprzyjaźniły.
-Ona
też nic nie wie - babcia usiadła na krześle.
Przeglądając
listę kontaktów w swoim telefonie, zauważyłam jeden wpis - którego wcześniej
nie było. To numer... Kuby?! Co on tu robi?! Tak, to pewnie sprawka Wiki,
pomyślałam. Nie miałam teraz czasu na zastanawianie się, po prostu wybrałam ten
numer. Chyba był zdziwiony, gdy usłyszał mój głos, bo zapytał z
niedowierzaniem:
-Edyta?
-Tak.
Posłuchaj - całkowicie się skupiłam. - Moja siostra gdzieś zniknęła. Mógłbyś mi
pomóc? Już nie wiem, co robić, gdzie szukać...
-Jasne,
pomogę. Jestem niedaleko, zaraz będę.
-Dziękuję.
Rozłączając
się, miałam w głowie milion różnych wizji. Gdzie jest Natalia? Czy przebywa tam
dobrowolnie? Czy wszystko w porządku? Modliłam się, żeby nic się nie stało. Czy
kolejne nieszczęście musi na mnie spadać?
Spoglądnęłam
przez okno z nadzieją, że Natalia wraca cała i zdrowa. Daleko, na ulicy,
pojawiła się jakaś postać - dobrze zbudowana, ale na moją siostrę za wysoka.
Dopiero z bliska zauważyłam, że to Kuba. Zanim wybiegłam z domu, rzuciłam babci
kilka słów, żeby na wszelki wypadek nie ruszała się z domu i że jestem „pod
telefonem”.
-Jasne
- odrzekła cichym głosem, kiedy byłam już za drzwiami.
-Cześć,
Kuba. Dzięki, że przyszedłeś.
-Nie
ma sprawy. Może chodźmy najpierw do parku. Popytamy ludzi, ktoś musiał ją
widzieć - zaproponował.
-Dobry
pomysł. Może się rozdzielimy. Ja pójdę tam, na zachód - wskazałam palcem
ścieżkę, na której było tylko kilku ludzi. - Ty idź w przeciwną stronę. Spotkamy
się za jakieś dziesięć minut. Na pewno się na siebie natkniemy na końcu tej
alei. Gdybyś czegoś się dowiedział, dzwoń, masz mój numer.
Pokiwał głową.
Jako
pierwszą spotkałam pewną biegnącą dziewczynę. Zatrzymałam ją.
-Cześć.
Przepraszam, że przeszkadzam w joggingu. Szukam mojej siostry. Wysoka, dobrze
zbudowana brunetka w okularach. Mogła mieć na sobie czarną skórzaną kurtkę i
niebieskie dżinsy.
-Nie.
Sorry.
I
wróciła do biegania.
Następnie
przeszkodziłam starszej pani z psem na smyczy. Ona też nic nie widziała. Na
końcu ścieżki zatrzymałam pewnego pana z dużym brzuchem. Był ostatnią nadzieją,
bo już z daleka widziałam Kubę, który najwyraźniej niczego się nie dowiedział.
-Nie,
nie spotkałem - wzruszył ramionami. Kiedy już miałam odchodzić, jakby go
olśniło. - Chociaż, tak. Przypominam sobie. Szło jakieś biedne dziecko. Całe blade
i roztrzęsione. Mówiło coś do siebie. O jakimś treningu, rodzicach i wypadku.
Pomyślałem, że może się zgubiło, ale gdzieś pobiegło i tyle je widziałem.
To
mi wystarczyło.
-Dziękuję
- powiedziałam i pobiegłam w stronę Kuby.
-Chyba
wiem, gdzie ona jest. Chodźmy pod miejską halę sportową. Natalia zawsze tu
chodziła, kiedy miała doła. Wyładowywała się na piłce.
-Do
nożnej? - zaciekawił się.
-Nie,
do ręcznej. Uwielbia ją. Jest w tym najlepsza.
Po
drodze opowiedziałam mu o sukcesach sportowych swojej uzdolnionej siostry.
-Chciała...
to znaczy chce dołączyć do najlepszej w województwie i jednej z najlepszych w
kraju kadry. Z pewnością przyjmą ją bez kolejki. Zdobyła kilka tytułów
najlepszego gracza meczu, a od trzech lat jest najlepszą szczypiornistką roku -
opowiadałam z dumą, ale i smutkiem. - Półka w jej pokoju ugina się od pucharów i
nagród. O, to tam - wskazałam palcem na duży budynek.
W
środku coś się działo, bo w kole zgromadzeni byli wszyscy obecni. Nad kimś
„wisieli”, ale Natki nigdzie nie było. Podeszłam bliżej, żeby spytać. Moja mina
musiała mówić wszystko, bo szeroko rozwarłam usta i przez kilka dobrych sekund
ich nie zamykałam.
Nie
mogłam uwierzyć, że Natce mogłoby się coś stać. Od zawsze była okazem zdrowia i
chorowała tylko raz w życiu - na ospę.
Razem
z Kubą przecisnęliśmy się przez tłum gapiów.
-Co
jej jest? - spytałam z niepokojem.
-Wszystko
pod kontrolą - odezwał się trener. - Niepotrzebnie przychodziła na trening.
Wyglądała niewyraźnie. Zrobiła sobie bardzo wyczerpującą rozgrzewkę. Wiele, naprawdę
wiele razy rzucała z wielkim wysiłkiem. Przy jednym z rzutów potknęła się i
wykończona przewróciła się. Już nie wstała... Straciła przytomność. Gdzie ta
karetka?! - krzyknął do kogoś, kogo nie widziałam.
W
drodze do szpitala trzymałam Natalię za rękę i modliłam się w duchu, aby
wszystko było dobrze. Nagle podskoczyłam. Babcia! Ona o niczym nie wie!
-Ten
twój kolega przybiegł do mnie i mi powiedział o tym - babcia też była
zdenerwowana.
-Weź
taksówkę i przyjedź do szpitala. Mam nadzieję, że już naprawdę nic się nie stanie
- powiedziałam ze zrezygnowaniem.
-Jak
długo może trwać badanie?
Byłam
zniecierpliwiona i jeśli zaraz ktoś mi czegoś nie powie, wejdę tam i sama się
czegoś dowiem. Nagle nade mną stanął lekarz. Podniosłam wzrok.
-Z
twoją siostrą wszystko w porządku. Miała podwyższone ciśnienie krwi, ale już
się ustabilizowało. Po przejrzeniu wyników badań będzie mogła wyjść do domu -
doktor lekko się uśmiechnął.
-Dziękuję.
Czy mogłabym do niej wejść?
-Tak,
ale.. - w jego głosie czułam zmieszanie. - Muszę z tobą o czymś porozmawiać.
Chodźmy do mojego gabinetu.
-Usiądź
- lekarz wskazał na krzesło przy biurku. - Twoja babcia powiedziała, że niedawno straciłaś
rodziców.
Spuściłam głowę.
-To
dla mnie i mojej siostry bardzo bolesne doświadczenie - po policzku popłynęła mi
łza.
-Jest
jedna rzecz, o której raczej nie myślałaś.
Popatrzył
na mnie uważnie. Wiedziałam, o co chodzi, ale bałam się tej rozmowy. Na pewno
nie wyjdę z niej szczęśliwsza.
-Jako
osoba niepełnoletnia nie możesz mieszkać bez opieki. Ciebie i twoją siostrę,
najprawdopodobniej jeszcze w tym tygodniu, zabiorą do najbliższego domu
dziecka.
Znów
spuściłam głowę.
-Tak,
myślałam o tym, chociaż bardzo nie chciałam. To kwestia co najwyżej dwóch dób,
prawda?
Złożył ręce i mocno je ścisnął.
-Przykro
mi. Ja niestety nic nie mogę zrobić.
Rozpłakałam
się i wybiegłam na korytarz. Nie mogłam tego dłużej słuchać. Przecież życie
poza domem, wśród obcych, w ogóle nie ma sensu! I to wszystko przeze mnie. To
moja wina. Zachciało mi się głupiego telefonu, a rodzice koniecznie chcieli mi
zrobić niespodziankę. I mam niespodziankę! Dom dziecka! Czy może być jeszcze
gorzej?
” Śmierć
bliskiej osoby bardzo boli. Nie rozumiesz, nie godzisz się z nią, dopiero po
jakimś czasie uczysz się z tym żyć. Twoje serce zawsze będzie pamiętać. To dla
zmarłego cudowne wynagrodzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz