piątek, 24 lutego 2012

Rozdział VII

Ferie powoli się kończą, w tym czasie napisałam baaardzo mało ;( No trudno. Cieszę się, że rozdział się podobał (pewnie nie wszystkim, ale kij z tym). Mam nadzieję, że kolejne będą równie ciekawe i że jeszcze nie raz Was zaskoczę. Dziś już bez dłuższego rozpisywania się - rozdział VII ;)

Alice.

Rozdział siódmy
                                                        


         -Nie chcę! Nie chcę! Puśćcie mnie! - krzyczałam. - Utopcie mnie, zabijcie, ale nie zabierajcie mnie tam!
         Nagle się obudziłam. Usiadłam na łóżku cała mokra. Boże... Czy tak to będzie wyglądało, jak wskazywał mój sen? Czy to aż tak okropne przeżycie?
         Łzy same popłynęły mi po policzkach. Ukryłam się pod kołdrą i płakałam przez długi czas, aż usnęłam.
         Postanowiłam, że dzisiaj nie pójdę do szkoły. Zresztą i tak niewiele by mi to dało. Zajrzałam do sypialni Natalii. Spała. Nic dziwnego. Wczorajszy trening musiał być jednym z najcięższych. Oby tylko nie odbiło się to na jej zdrowiu. Dzisiejszy dzień spędzę z nią. Zasługuje na to. Ostatnie kilka dni starałam się szczególnie poświęcić Natalii. Znałam jej wrażliwość i musiałam się nią zaopiekować, inaczej kompletnie by się załamała.
         Zrobiła jajecznicę, ale ani Natalia, ani ja nie miałyśmy apetytu. Poszłyśmy na spacer. Mijałyśmy wielu ludzi, ale nie patrzyłam na nich. Nie wiem, dlaczego, ale nie potrafiłam. Przechadzka była długa, zrobiłyśmy kilka kilometrów.
         -Muszę koniecznie porozmawiać z babcią - oświadczyłam, kiedy wróciłyśmy do domu. - Zajmij się czymś, wrócę za pół godziny.
         -Pół godziny?! Co ja będę robić przez tyle czasu?
         -Proszę, to ważne.
         -No, dobrze - zgodziła się. - Idź.
         -Ale nie uciekniesz nigdzie? - bałam się, że znowu gdzieś pójdzie bez niczyjej wiedzy.
         -Spokojnie. Włączę sobie jakiś film na DVD.
 
         -Babciu, mogę z tobą porozmawiać? To ważne.
         Wstała z kanapy.
         -Przepraszam, spałaś? Może przyjdę później.
         -Nie, zostań - zaprzeczyła. - Widzę, że ci zależy. O co chodzi?
         -Myślałam o... o tym całą noc - zawiesiłam na chwilę głos. - Czy my trafimy do domu dziecka na zawsze?
         Babcia przetarła oczy i włożyła okulary.
         -Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. Niestety, nie mogę zrobić wiele w tej sprawie. Jeśli się uda, zostaniecie zabrane do rodziny zastępczej. Ale adopcja to długotrwały proces i nigdy nie ma pewności, że się uda.
         -Już chyba wolałabym zostać tam, niż zamieszkać u obcych ludzi.
         -Wiem, że jest ci ciężko, ale trzeba się pogodzić z losem i żyć dalej. W twoim przypadku to będzie trudne, bo jesteś nastolatką, a osobie w twoim wieku nie jest łatwo przywyknąć do nowego środowiska. Jesteś silna. Wierzę, że sobie poradzisz. Twoja wiara w to, że będzie lepiej, bardzo pomoże. Nie tylko tobie, ale też Natalii. Ona potrzebuje wsparcia siostry.
         -Staram się zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa, ale ona jest jak zabłąkana owieczka. Nie może sobie znaleźć miejsca. Boję się, że po przeniesieniu do domu dziecka zamknie się w sobie. W takich sytuacjach nawet siostra może niewiele.
         -Dlatego musisz z nią rozmawiać - Babcia spojrzała na mnie z uwagą. - Jak najwięcej. Bez tego może wpaść w głęboki dół.
         -Kiedy przyjadą? - zmieniłam temat.
         -Myślę, że to kwestia kilku dni. Będziecie musiały spakować najważniejsze rzeczy. Jeśli chcesz, pomogę wam.
         -Dziękuję. Muszę iść do Natalii. Jestem jej potrzebna.
         Weszłam do salonu. Usłyszałam telewizor, więc byłam pewna, że Natalia spełniła swoje słowa. Usiadłam obok niej i weszłam pod jej koc. Obejrzałyśmy film, a potem jeszcze dwa kolejne. Było już późne popołudnie, kiedy uprzytomniłam sobie, że oprócz soku pomarańczowego, nie miałyśmy od rana nic w ustach. Zrobiłam kakao i nasze ulubione kanapki - z szynką, serem i szczypiorkiem. W międzyczasie babcia przyszła do nas i spytała, czy wszystko w porządku i czy czegoś nie potrzebujemy.
         Usiadła naprzeciw nam i opowiedziała nam pewną historię o 6-letniej dziewczynce, której tata zginął w czasie wojny, a mama po kilku miesiącach od śmierci swojego męża umarła na ciężką i nieuleczalną w tamtych czasach chorobę. Ona została przyjęta przez daleką rodzinę. Nigdy nie spełniła swoich marzeń, bo nie miała siły i motywacji do walki. Bardzo chciała być aktorką, występować w teatrze i być znaną osobą. Pod koniec długiej opowieści, dowiedziałyśmy się, że tą dziewczynką była nasza babcia.
         Nazajutrz miał odbyć się pogrzeb. To było dla mnie wielkie przeżycie, bardzo bolesne. Nie wiedziałam, czy dam radę podejść i ostatni raz zobaczyć rodziców. Od samego rana chodziłam po całym domu i nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Msza pogrzebowa miała rozpocząć się w samo południe, więc było jeszcze trochę czasu. Wyszłam na dwór. Jesienne słońce zdawało się smutno uśmiechać. Na niebie nie było ani jednej chmury, mimo że była już połowa października.
         Usiadłam na murku, który tata kiedyś zbudował specjalnie dla mnie, bo nigdy nie mogłam dosięgnąć jego szyi, aby go przytulić. Przed oczami miałam uśmiechnięte twarze rodziców, takie żywe, prawdziwe i promieniejące radością. Wróciła rozpacz, smutek i poczucie winy, ale też niewytłumaczalny spokój. Wiatr zaczął powiewać, a ja wciąż nieruchomo siedziałam i patrzyłam gdzieś w dal.
         Razem z Natalią i babcią poszłyśmy godzinę wcześniej do kościoła, aby pomodlić się za dusze najbliższych mi osób. Jeszcze nigdy nie byłam tak skupiona w kościele. Zawsze coś lub ktoś mnie rozpraszał. Nie mogłam znieść ludzi, którzy specjalnie przyspieszają jakąś pieśń, tylko po to, żeby ich NA PEWNO usłyszano. Kolejną przeszkodą były małe dzieci, które ciągle krzyczą, bo czegoś chcą. Rozumiem, to dzieci, ale jak tu się skupić na czymkolwiek?
         Po kilkunastu minutach ciszy dołączyło do nas kilka osób z rodziny. Na kwadrans przez południem obok mnie usiadła Wiktoria. Dobra z niej przyjaciółka, pomyślałam.
         Podczas mszy stałam prawie cały czas ze spuszczoną głową. Babcia kilka razy pytała, czy wszystko w porządku. W drodze na cmentarz szłyśmy z Natalią przy trumnach rodziców. Obie nie mogłyśmy powstrzymać łez. Przy słowach: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, upadłam na ziemię. Pochyliłam się i twarzą prawie dotykałam mokrej po wczorajszym deszczu trawy. Babcia pomogła dojść mi do trumny. Z oczami pełnymi łez, ostatni raz pożegnałam się z rodzicami. Wiedziałam od dawna, że kiedyś to będzie musiało się stać, ale dlaczego tak wcześnie? Dlaczego właśnie ja?
         Wracając na poprzednie miejsce, zauważyłam kogoś na końcu dużej grupy ludzi. Przez morze łez dostrzegłam rysy Kuby. Podeszłam do niego. Nie mówiłam nic, tylko mocno się do niego przytuliłam.
         -Dziękuję - powiedziałam w końcu. - Nie sądziłam, że przyjdziesz.
         -Jak mógłbym nie przyjść? Bardzo cię lubię i popełniłbym największą głupotę mojego życia, gdyby mnie tu nie było.
         Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że to kolejna osoba, na którą kiedyś będę mogła liczyć.
         -Jak się czujesz? - spytał.
         -Sama nie wiem. Średnio. Teraz, bez rodziców, już nic nie będzie takie samo.
         -Przykro mi - położył rękę na moim ramieniu.
         -Wiem. Przepraszam, ale chcę jeszcze zostać przy grobie. Jeszcze raz dziękuję.
         -Trzymaj się.
         Stałam nad grobem co najmniej do 21. Nie miałam poczucia czasowego. Natalia poszła z babcią do domu kilka godzin temu, bo wiatr się nasilił. Nie mówiłam nic i nie myślałam o niczym, a jednak czułam, jakbym z kimś rozmawiała telepatycznie. Bardzo bym chciała usłyszeć głos mamy. Tak mi go brakuje.
         Nazajutrz po przebudzeniu poczułam się bardzo samotnie. Postanowiłam zadzwonić do Wiktorii.
         -Halo? - usłyszałam w słuchawce.
         -Cześć, Wiki. Możesz do mnie przyjść? - zapytałam. Nie zdążyła odpowiedzieć. - Albo wiesz, co? Spotkajmy się za chwilę w parku, w naszej miejscówie, ok?
         Od kiedy zaczęłyśmy się przyjaźnić, często po szkole chodziłyśmy do parku. Raz byłyśmy tak zmęczone, że usiadłyśmy na zielonej ławce, jakieś piętnaście metrów od stawu. Nie zauważyłyśmy, że nad aleją, przy której stała ta ławka, dwa drzewa stojące z przeciwnych stron, swoimi gałęziami utworzyły „coś”, co przypominało dwa małe palce, mocno ze sobą splecione. Wiktoria ma o wiele lepszy wzrok ode mnie, ale to ja jako pierwsza dostrzegłam to podobieństwo (być może dlatego, że nie miałam okularów przeciwsłonecznych, a Wiki tak).
         Kiedy jej o tym powiedziałam, roześmiała się, popatrzyła na mnie, i chyba pomyślałyśmy o tym samym równocześnie, bo w tej samej chwili uniosłyśmy swoje prawe dłonie i splotłyśmy małe palce. Wtedy przysięgłyśmy sobie wieczną przyjaźń i to miejsce nazwałyśmy naszą „miejscówą”.
         -Ok. Do zobaczenia – odpowiedziała.
         Kiedy tylko zobaczyłam Wiktorię, podbiegłam do niej i mocno się do niej przytuliłam. Stałyśmy tak dość długo, nie wiem ile dokładnie. Poczułam się trochę lepiej. Usiadłyśmy na zielonej ławce i w ciszy siedziałyśmy przez kilka minut. Wiki wiedziała, że chcę zacząć, tylko nie wiem jak.
         -Jak się czujesz? - spytała wreszcie, mimo że wiedziała, że zadała pytanie, na które doskonale znała odpowiedź.
         -Nijak – odpowiedziałam. - Dziękuję, że przyszłaś i przepraszam, że do ciebie zadzwoniłam i ci przeszkadzam. Po prostu poczułam potrzebę porozmawiania z kimś.
         -Jeśli chcesz, to pójdziemy na spacer – zaproponowała.
         -Nie, tu jest dobrze.
         Właściwie nie wiedziałam, o czym chciałam z nią porozmawiać. Czułam się samotna, nawet w obecności ludzi. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co przeżywałam w środku, jakie miałam uczucia. Nikt nigdy tego nie wiedział, taka już moja natura.
         Minęła godzina, a my dalej siedziałyśmy, prawie nic nie mówiąc. Widziałam lekkie zmieszanie Wiktorii, która ma w swoim zwyczaju ciągłe mówienie, ale w takich sytuacjach nawet największa gaduła nie wie, co powiedzieć. Nagle zadzwonił telefon. Przyjaciółka spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, a ja nawet nie spojrzałam, kto dzwoni.
         -Nie odbierzesz? - spytała.
         -Nie mam ochoty gadać przez telefon – odpowiedziałam.
         -Zobacz, może to ważne – nalegała.
         Podałam jej telefon. Jej mina wyrażała mocne zdziwienie.
         -Kuba?! - prawie krzyczała. - Odbierz.
         -Ty to zrób.
         Wcisnęła zieloną słuchawkę i włączyła głośnik. Przywitała się i powiedziała, że mówi w moim imieniu. Pytał głównie o mnie, jak się czuję, czy się trzymam. Wiki chyba niechcący powiedziała, że jesteśmy w parku. Kuba powiedział tylko: „Aha, muszę kończyć” i się rozłączył.
         Wzruszyłam ramionami i głęboko westchnęłam. Siedziałyśmy tam jeszcze jakieś pół godziny. Opowiedziałam Wiktorii o swoich obawach dotyczących mnie i Natalii, o tym, że nigdy już nie będę szczęśliwa. Chciało mi się płakać, ale tego nie okazywałam. Kiedy już wstawałyśmy, aby wrócić, Wiki nagle dziwnie się poruszyła.
         -Patrz.
         Kuba biegł, jakby goniło go stado krokodyli. Może przesadziłam. W każdym razie spieszyło mu się.
         -Cześć - powiedział, wcale nie dysząc. Nie zdziwiło mnie to, w końcu spędza całe dnie na treningach i ma kondycję, jakiej mógłby mu pozazdrościć niejeden szanowany sportowiec.
         -To ja może już pójdę - moja przyjaciółka chyba pomyślała o czymś, o czym raczej nie powinna myśleć w takim momencie.
         -Ok. Dziękuję, że przyszłaś i byłaś ze mną. Zadzwonię wieczorem. Do zobaczenia.
         -Pa - pożegnała mnie uśmiechem.
         -Więc... Co tam u ciebie? Jak się czujesz? - spytał.
         -Dzięki, dobrze - skłamałam. - Zresztą, kogo ja oszukuję. Nie mogę pozbierać myśli, cały czas boję się, że będziemy musiały z Natalią przebywać w domu dziecka aż do pełnoletności...
         -Będzie dobrze, zobaczysz. A umiem sprawiać, że moje przepowiednie stają się rzeczywistością - popatrzył na mnie pewnym wzrokiem.
         -Naprawdę, chciałabym ci wierzyć - odparłam - ale to jest całkiem inna rzeczywistość.
         -Jeszcze kiedyś wspomnisz moje słowa. Ale... - zatrzymał się na chwilę, żeby znaleźć odpowiednie słowa. Widzę, że mamy coraz więcej wspólnego, też tak robię. - Chciałbym ci o czymś powiedzieć. Usiądziemy?
         -Jasne. To coś ważnego?
         -Tak, chyba tak. To znaczy... Tak, to ważne. W każdym razie dla mnie.
         W odpowiedzi nie usłyszał nic, wiedział, że czekam, aż zacznie mówić. Spodziewałam się, że powie coś w stylu: Przykro mi, mam nadzieję, że ułożycie sobie z siostrą wspaniałe życie. Nic innego nie przyszło mi na myśl, zresztą w takim stanie człowiek nie może logicznie myśleć.
         -Bo... chodzi o to, że od pewnego czasu... To znaczy... - Chyba chodziło o coś ważnego, bo nie mógł się wysłowić, a w jego przypadku to wręcz niemożliwe.
         -Mów.
         -No, dobrze.
         Wziął głęboki oddech. Wyczułam, że mocno się stresuje. Ja też zaczęłam się denerwować.
         -A więc... Chodzi o to, że... No... ty.. mi s.. się.. podobasz!
         Pomyślałam sobie, że to jakieś niezbyt udane żarty, więc zignorowałam to.
         -A dlaczego tu przyszedłeś, oprócz tego żartu? - spytałam.
         -Edyta, ja mówię serio. Podobasz mi się. Od tej pory, kiedy patrzyłaś na mnie na początku roku szkolnego, a potem ta nieszczęsna dyskoteka… I ten pocałunek... Wcześniej nie miałem odwagi ci powiedzieć. Przepraszam, ja...
         -Poczekaj - przerwałam mu. - I co w związku z tym?
         To pytanie chyba było niepotrzebne. Zabrzmiało głupio i zupełnie bez sensu.
         -To, że chciałbym z tobą być... - odpowiedział niepewnie. - Śnisz mi się prawie każdej nocy, wszystko mi ciebie przypomina, gdzie bym nie popatrzył, widzę twoją twarz. Zupełnie oszalałem...
         -Kuba... - znów mu przerwałam. - Chwileczkę. Nie wiem, jak ci to powiedzieć. Mam w życiu bardzo trudny okres, wiesz o tym - spojrzałam mu w oczy. - Myślę, że na razie nie jestem gotowa na to, by z kimś być i cieszyć się z tego. Przepraszam. To jeszcze nie ten moment. Lada dzień zabiorą mnie do domu dziecka.
         Na chwilę się zatrzymałam. Kuba doskonale wyczuł, że coś jeszcze chcę powiedzieć. Wzięłam głęboki oddech. Znów wrócił obraz rodziców, szczęśliwych. Znów powrócił ból po stracie ich obojga, złość na samą siebie.
         -Edyta...
         Chyba musiałam na zbyt długo „odlecieć”.
         -Przepraszam. Widzisz? Tak jest codziennie. Błądzę myślami nie wiadomo gdzie. Przepraszam, Kuba, ale to jeszcze nie ten moment. Rany są zbyt świeże.
         Nie chciałam go zranić, jednak nie byłam gotowa, by wiązać się z kimś, by poczuć się szczęśliwą. Rana na sercu jest zbyt wielka.
         -Ok - odparł smutno. - Trudno. Jeszcze raz przepraszam.
         -To ja przepraszam. Mam nadzieję, że nie jesteś zły.
         -Nie, coś ty. To jak? - zmienił temat. - Mogę cię odprowadzić?
         -Tak, dzięki.
         Szliśmy powoli. Cały czas o czymś rozmawialiśmy. Prawie cały czas mówiłam o rodzicach, Snaksie, o naszym dalszym życiu. Zaprosiłam Kubę do środka na herbatę, jednak odmówił. Chyba zraniłam go zbyt mocno. Było mi strasznie przykro, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nadal będzie chciał ze mną rozmawiać i zawsze będę mogła do niego zadzwonić, kiedy będę go potrzebować.

” Jeśli coś idzie nie po twojej myśli, to znaczy, że jesteś człowiekiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz