czwartek, 9 lutego 2012

Rozdział V

Rozdział V, dzień wcześniej, tak jak obiecałam ;) Ale zanim to, muszę jeszcze coś powiedzieć. W ostatnim czasie dowiedziałam się czegoś, co dotyczyło mojego bloga i gdyby to była zwykła krytyka, to nie zwracałabym na to uwagi, bo to jest chyba normalne, że jedni Cię chwalą, a inni krytykują. Przez chwilę chciałam usunąć bloga, skończyć z pisaniem. W tym miejscu dziękuję Marzeń. ♥ za pomoc, baaaaardzo długą rozmowę i za wszystko! W związku z całym zajściem przez kilka dni na bloga mogło wejść zaledwie kilka osób, ale przemyślałam to i zmieniłam zdanie. Jedyne, co się zmieniło, to adres. Reszta bez zmian :P A teraz apel do niektórych osób:
Jeżeli wchodzicie na mojego bloga tylko po to, aby się pośmiać z podobieństwa postaci czy wydarzeń, to dziękuję, możecie kliknąć krzyżyk i wyjść stąd. Wolę nie mieć czytelników w ogóle, niż mieć, ale takich, którzy nie traktują tego, co robię, na poważnie. Dziękuję.

A teraz blog. Rozdział jest bardzo krótki, to tak jakby zakończenie pierwszej części i w pewnym sensie wstęp do kolejnych wydarzeń, choć nie bezpośredni. Potem akcja to jest zupełnie inna bajka. Ale o tym za tydzień. Już więcej nie zanudzam :P

Rozdział  piąty
Zbudziłam się przed piątą. Nie spałam prawie całą noc. Tylko co chwilę mrużyłam oczy. Ale za każdym razem miałam przed sobą jeszcze tak świeży widok. Powieki, skutecznie sklejone wczorajszym niezmytym makijażem, leniwie się otworzyły. Wstałam z łóżka, powoli podeszłam do okna i rozsunęłam zasłony. Miasto powoli budziło się do życia. Wszyscy jeszcze spali, co było dziwne, bo o tej godzinie tata zwykle krzątał się po kuchni, przygotowując sobie kanapki. Wyjrzałam przez drzwi. Cisza. Nie miałam ochoty na wyjście z pokoju, ale nie chciałam, aby miał przeze mnie problemy w pracy tylko dlatego, że go nie obudziłam. Najciszej, jak tylko mogłam, przeszłam korytarzem do sypialni rodziców. Otworzyłam drzwi. Nikogo nie było. Lekko się przestraszyłam. Przeszłam do kuchni. Światło się świeciło. Nagle serce podeszło mi do gardła.
        
-Niespodzianka!!!
        
Przede mną stali rodzice i Natalia z tortem w rękach. Przez chwilę nie mogłam sobie uświadomić, co się dzieje. Stałam nieruchomo przez dobre piętnaście sekund, zanim zorientowałam się, co się dzieje.
        
-Dziś pierwszy października! – mama chyba zauważyła, że nie kojarzę, o co im chodzi. – Nie pamiętasz, co to za dzień? Muszę przyznać, że trochę popsułaś nasze plany, bo chcieliśmy zrobić Ci śniadanie do łóżka, ale może jeszcze uda się przygotować inną niespodziankę – powiedziała z tajemniczym uśmiechem.
         -Ehmm – zatkało mnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. – Dziękuję wam. Ooo. Ale fajny tort!
         Był wielki, okrągły, paliło się na nim siedemnaście świeczek, a wokół bardzo dokładnie uformowany wzór strukturalny jednego z pierwszych związków, jakiego się nauczyłam – kwasu siarkowego. Nieświadomie się uśmiechnęłam. Do tej pory sądziłam, że raczej nikt nie interesuje się moją pasją. A tu taka miła niespodzianka! Na chwilę zapomniałam o wczorajszym wieczorze, nic innego się dla mnie nie liczyło.
         -Dziękuję wam! Tato, a ty nie musisz iść do pracy? - spytałam.
         -Nie. Dziś poprosiłem szefa o wolne tylko ze względu na ciebie! - odpowiedział.
         Rzuciłam mu się na szyję, a następnie przytuliłam mamę i Natalię. Przez następne pięć minut składali mi życzenia, a potem zdmuchnęłam świeczki i pokroiłam tort. Był przepyszny. Mama i Natalia musiały robić go całą noc. Chyba, że ukrywały go w podziemiach naszego domu, o których jeszcze nie wiem. Prezenty postanowiłam otworzyć po powrocie ze szkoły, aby przez cały dzień zastanawiać się, co w tym roku wymyśliła moja rodzinka. Ostatnim razem odpakowałam biżuterię od rodziców i dwa bilety do parku zabaw od Natalii. Moja siostra podeszła do kupna prezentu z poczuciem humoru, jakiego nigdy jej nie brakowało. Zażartowałam, że wykorzystam obydwa bilety dla siebie, a kiedy Natalia rzekomo posmutniała i powiedziałam, że zabiorę ją ze sobą, okazało się, że wszystko było udawane. Oczywiście, nie obyło się bez małej siostrzanej bitwy i garści wyrwanych włosów, ale już godzinę później wyszłyśmy razem na spacer ze Snaksem, moim ukochanym owczarkiem, a w pierwszą sobotę po moich urodzinach wybrałyśmy się do parku na cały dzień. Czułam się wtedy jak małe dziecko, ale nie przejmowałam się tym, bo stwierdziłam, że fajnie jest na chwilę stać się rozpieszczonym przedszkolakiem. Czasem brakowało mi tego, a prezent okazał się bardzo trafny.
         Jak zwykle, o siódmej trzydzieści wyszłam do szkoły, z bardzo dobrym humorem. W połowie drogi spotkałam się z Wiktorią, która szybko podbiegła i mocno mnie przytuliła. Przez kilka sekund nie mogłam oddychać, więc ucieszyłam się, kiedy samochód zatrąbił na nas i musiałyśmy przejść na chodnik. Usłyszałam długą listę życzeń, a na końcu dostałam prezent, który postanowiłam odpakować z pozostałymi.
         -Proszę, proszę! Odpakuj teraz! Chcę zobaczyć twoją minę! - nalegała.
         -Wiesz co? Mam pomysł. Przyjdź do mnie dzisiaj po szkole, pomożesz mi otworzyć wszystkie prezenty. Co ty na to?
         -Jasne! - ucieszyła się. - Już nie mogę się doczekać! A tak w ogóle, to gdzie ty wczoraj wyparowałaś z dyskoteki? I dlaczego nie odpisywałaś na SMS-y?
         I nagle cała moja radość zniknęła, a w jej miejscu pojawił się smutek. Wszystkie wydarzenia wczorajszego dnia powróciły, na chwilę zatrzymałam się w czasie, mimowolnie odtwarzając wszystkie chwile, jeszcze tak świeże.
         -Co się dzieje? - zapytała Wiktoria, budząc mnie z myśli.
         -Kaśka pocałowała Kubę. Przy mnie! - prawie krzyczałam.
         -Jak to? Przecież oni nie są razem, a Kuba jej nienawidzi - Wiktoria próbowała bronić Kubę, ale ja nie miałam ochoty tego słuchać. Wiedziałam swoje i jak zawsze uparcie trzymałam się swojej wersji.
         -Nie wiem, nie obchodzi mnie to - odpowiedziałam. - Nieważne. Nie chcę o tym rozmawiać, tym bardziej w dniu moich urodzin.
         -Ok, jak chcesz - powiedziała, lekko zawiedziona.
         Weszłyśmy do szkoły. Było mi smutno, bo przez resztę drogi myślałam tylko o jednym. Wiktorii było przykro, choć nie była niczemu winna. Atmosfera całego dnia się zepsuła. Nie sądziłam, że mogłoby stać się coś gorszego. A jednak. Dosłownie kilka sekund po nas do szkoły wszedł Kuba. Kiedy go zauważyłam, z pośpiechem zmieniłam buty i wyszłam z szatni. Na jego twarzy dostrzegłam rozczarowanie, choć mogłam się mylić. Wciąż nie dopuszczałam do siebie myśli innej od tej, jaką przyjęłam na początku – że Kuba jest zainteresowany Kaśką. Wiktoria została, przypuszczam, że chciała dowiedzieć się od niego czegoś więcej. I chyba się dowiedziała, bo zdążyłam wyjść na pierwsze piętro i już nie szłam sama.
         -Słuchaj – mówiła trochę przyciszonym głosem. - To, co się wczoraj wydarzyło, to były tylko wymysły Ropuchy. Ona chciała cię sprowokować do tego, co zrobiłaś – do wyjścia z dyskoteki. Tylko o to jej chodziło. Poczuła się zazdrosna, że tańczysz z najładniejszym chłopakiem w klasie, szkole, na świecie! Musiała coś zrobić.
         -Może i tak. Ale muszę to wszystko przemyśleć. Na razie chcę o tym zapomnieć, w końcu to moje urodziny, nie?
         Usiadłyśmy pod ścianą, w nieco odludnym miejscu, gdzie niewielu uczniów przychodzi, bo jest tam tylko jedna klasa. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Chyba żadna z nas nie wiedziała, co powiedzieć. Nagle milczenie przerwał Kuba, który wiedział, gdzie lubimy przesiadywać, bo kiedyś przyłapał nas, jak go obgadywałyśmy, choć do dzisiaj nie rozumiem, jak z odległości przynajmniej dziesięciu metrów można usłyszeć prawie szept.
         -Cześć - powiedział trochę nieśmiało. Widać było, że nie jest pewny, czy dobrze robi. - Możemy pogadać?
         -Nie teraz. Może potem. Może kiedyś - nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć, jedynie to przyszło mi na myśl.
         -Hmm. Ok – rzekł ze smutkiem i odszedł.
         Zrobiło mi się go żal, w końcu Kuba nie jest niczemu winien, a ja go ignoruję i odzywam się do niego w ten sposób. Nie chciałam, aby tak myślał, rzeczywiście musieliśmy pogadać.
         Na pierwszej lekcji – chemii Kuba ciągle patrzył w moją stronę. Wiedział, że lekcja mnie interesuje, więc raczej nie liczył na to samo. A lekcja interesowała mnie tylko wtedy, kiedy nauczycielka nie stała tyłem do klasy. Przynajmniej mogłam przez chwilę odejść w myślach. Postanowiłam, że dam mu szansę wytłumaczenia się i spróbuję o tym zapomnieć. Ale tylko wtedy, gdy postara się o to. Już na drugich zajęciach dostałam liścik, na którym starannie napisane było: Edyta S. Z lekkim zawahaniem otworzyłam go.
„Możemy pogadać dzisiaj po szkole? Proszę Cię. Zajmę Ci tylko 5 minut. Nie więcej. Tylko o to Cię proszę. Bardzo mi na tym zależy.”
         Popatrzyłam w jego stronę. Obserwował moją reakcję. Szybko odwróciłam głowę. Wyrwałam z zeszytu kartkę i napisałam list.
„Kuba chce pogadać po szkole. Poczekasz na mnie parę minut? Prooooszę!”.
         Złożyłam i napisałam: Wiktoria K. Niestety pan od biologii nie tolerował rozmów na lekcji, dlatego nas przesadził i siedziałyśmy w możliwie największej odległości od siebie – ja z przodu, a ona z tyłu po przeciwnej stronie. Przed przekazaniem liściku odmówiłam modlitwę, aby nikt tego nie przeczytał, a zwłaszcza nauczyciel. Wiadomość szczęśliwie dotarła do przedostatniego rzędu. Wtedy dotarł do Magdy, która nigdy nie potrafiła niczego dyskretnie przekazać. W chwili, kiedy go otrzymała, nauczyciel popatrzył w jej kierunku i szybkim krokiem do niej podszedł. Serce podeszło mi do gardła. Zrobiło mi się gorąco.
         -Oddaj mi to - powiedział grubym, stanowczym głosem.
         -Aaalee to nie jest moje - odpowiedziała Magda ze strachem.
         Te dwie sekundy ciągnęły się niesamowicie długo. W końcu wstałam i powiedziałam:
         -Proszę pana, to jest moje. Może mi pan wpisać nieodpowiednie zachowanie, ale niech pan tego nie czyta.
         Pan Wieszczyński popatrzył na mnie, ale zaraz się odwrócił, bo Wiktoria zwróciła się do niego:
         -Ale ten list był do mnie, więc teoretycznie to jest moja wina. Niech pan ukarze mnie, a nie Edytę. To ja pierwsza do niej napisałam.
         Wzrokiem zapytałam ją: Co ty wyprawiasz?! Zauważyłam, że zrozumiała i lekkim uśmiechem przekazała mi, żebym się nie martwiła. Nauczyciel zauważył naszą wymianę gestów i jeszcze bardziej się zdenerwował.
         -Obydwie zostajecie po lekcjach w kozie. I nie ma żadnych wykrętów. Aha, i dzwonię do rodziców. A teraz siadajcie i schowajcie tą kartkę.
"Niezły prezent urodzinowy", pomyślałam.
         Popatrzyłam na Kubę. Wpatrywał się w zeszyt i nie podniósł wzroku ani na chwilę. Musiałam mu jeszcze coś napisać.
„Przepraszam. Chyba nic nie wyjdzie z tym po szkole. Przepraszam. Przepraszam, przepraszam. Naprawdę chciałam.”
         Wiedziałam, że do końca lekcji będę bardziej obserwowana, dlatego poczekałam, aż Wieszczyński podejdzie do tablicy i zacznie rysować kolejne nudne rysunki łodyg kwiatków. Kiedy tak się stało, szybko podałam list do tyłu. Na moje szczęście Kuba siedział tylko dwie ławki za mną i tym razem obyło się bez problemów. Odwróciłam się na chwilę, aby zobaczyć minę Kuby. Znowu nic nie wyrażała. Dwie minuty później znów dostałam list. Musiałam się nieźle namęczyć, aby przeczytać go i nie dać żadnych powodów do podejrzeń Wieszczyskiemu.
„Nic się nie stało. Może jutro?”
         Odwróciłam się i spojrzałam na Kubę. Pokiwałam głową.
         Kara po lekcjach wydawała się trwać niesamowicie długo, choć w rzeczywistości była to tylko jedna godzina lekcyjna. Wychodząc ze szkoły, co chwilę powtarzałam sobie: głupia, głupia, głupia... Kiedy na chwilę przestałam, aby nabrać powietrza, zauważyłam znajomą kurtkę. Przez chwilę usiłowałam przypomnieć sobie, do kogo ona należy. Nie musiałam długo się zastanawiać. Tylko jeden chłopak w szkole jest na tyle odważny, by założyć ubranie, które tak bardzo rzuca się w oczy przez swój jaskrawożółty kolor. Kuba czekał cały ten czas. Na mnie? Kiedy nas zauważył, wstał i podszedł. Serce biło mi dwa razy mocniej i szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.
         -Wiki, przepraszam cię, ale muszę - powiedziałam.
         -Spoko, będę czekać na ciebie na rynku. Może skorzystam z placu zabaw. Muszę sobie wreszcie przypomnieć dzieciństwo - odpowiedziała z uśmiechem.
         -Dziękuję.                                                                   
         Kiedy Wiktoria odeszła, Kuba zaproponował mi, abym usiadła na ławce, po czym uczynił to samo. Przez chwilę milczeliśmy. Chciałam zacząć, ale najwidoczniej Kuba pomyślał o tym samym i oboje nawzajem przeszkodziliśmy w powiedzeniu czegokolwiek. Uśmiechnęłam się i dałam pierwszeństwo Kubie. Nie zaprzeczał. Rozmawialiśmy przez piętnaście minut. Trwałoby to dłużej, gdyby nie to, że przypomniałam sobie o Wiktorii. Całą sprawę uznałam za wyjaśnioną, więc postanowiłam o tym zapomnieć. Wstaliśmy i już chciałam się pożegnać z Kubą, gdy ten podszedł do mnie i powiedział: Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. A tak w ogóle, bo jeszcze nie było okazji: wszystkiego najlepszego.
         -Skąd wiesz, że mam dzisiaj urodziny? – spytałam, nieco zaskoczona.
         -Obiło mi się o uszy.
         -Dziękuj… - nie zdążyłam skończyć, bo poczułam jego usta na swoich. Odwzajemniłam pocałunek, choć robiłam to pierwszy raz i nie miałam doświadczenia. Była to najpiękniejsza chwila mojego dotychczasowego życia.

” Ze szczęściem czasami bywa tak, jak z okularami - szuka się ich, a one siedzą na nosie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz