piątek, 31 sierpnia 2012

ROZDZIAŁ XV

Dobry wieczór!! Mam dla Was ostatni rozdział "Skradzionych Snów". Nie będę się rozpisywać, zapraszam do czytania, a za chwilę także epilog. :)

 




Rozdział piętnasty

Odezwała się głucha cisza. Przestraszyłam się. Zaczęłam biec w stronę głównej ulicy. Nie mogłam pozbierać myśli. Miałam nadzieję, że to dzieje się w śnie, z którego zaraz się obudzę i wszystko będzie po staremu. Nie mogłam uwierzyć, że znów to przeżywam.
Ze strachem ponownie wybrałam numer mamy z nadzieją, że odbierze. Niestety, cały czas włączała się poczta głosowa. Ponieważ Kuba miał niedaleko do szkoły, wystarczyło, że dobiegnę do skrzyżowania, przejdę na drugą stronę i będę widziała drogę na co najmniej czterysta metrów. Stwierdziłam, że mama mogła pojechać okrężną drogą, dlatego prawie na pewno była gdzieś dalej, ale wolałam to sprawdzić.
Nie czekając na zielone światło, przeszłam przez ulicę. Kiedy dotarłam na chodnik, usłyszałam sygnał karetki, którą zauważyłam kilka sekund później, pędzącą w stronę osiedla, czyli tam, gdzie mama unikała korków.
Coraz bardziej obawiałam się najgorszego. Biegłam co tchu w stronę osiedla. Zaczynało brakować mi sił, ale myśl, że mamie mogło się coś stać, umacniała mnie. Skręciłam w lewo. Kilkadziesiąt metrów przede mną stał tłum ludzi, obserwujący zdarzenie. Zobaczyłam dwa rozbite samochody. Jeden z nich znałam doskonale - to był czarny opel, którym mama przyjechała do szkoły.
Coś kazało mi wierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności i wszystko jest w porządku, a ja niepotrzebnie się denerwuję. Przez chwilę łudziłam się tą myślą, ale rzeczywistość mówiła mi zupełnie coś innego. Nie wierzyłam w przypadki, a szczególnie ten.
-Boże, proszę, nie rób mi tego. Zacznę się uczyć, obiecuję - modliłam się, zbliżając się do grupy kilkunastu ludzi.
Przecisnęłam się między dwoma starszymi paniami. Teraz widziałam wszystko z bliska. Z samochodu pozostały praktycznie szczątki, cały przód był wgnieciony. Tata kiedyś mówił mi, że w takiej sytuacji pasażer ma znikome szanse na przeżycie. Uświadomiłam to sobie w chwili, kiedy policjant podszedł i powiedział, żebym stąd poszła, bo te widoki są zbyt drastyczne.
-Tam jest moja mama! - krzyknęłam, odepchnęłam go i ruszyłam dalej.
Dwóch ratowników niosło nosze z nieprzytomnym mężczyzną w dość marnym stanie. Dziesięć metrów dalej dwóch kolejnych reanimowało kobietę. Przyglądnęłam się dokładniej. Miała takie same ubrania, jak mama, kiedy wchodziła do szkoły. Nie miałam żadnych wątpliwości, że tą kobietą jest właśnie ona.
Niezmiernie bałam się zrobić następny krok. Bałam się spojrzeć prawdzie w oczy. Za chwilę miałam zobaczyć coś, co zostanie na zawsze w mojej pamięci i raczej nie będzie to przyjemny widok, co wnioskowałam po stanie, w jakim znajdował się samochód.
Postąpiłam naprzód. Gdyby nie była to moja mama, pewnie poszłabym stamtąd, twierdząc, że takie wypadki się zdarzają i taka właśnie jest kolej życia - jedni przychodzą, a inni odchodzą, czasem w najmniej spodziewanym momencie. Ale nie mogłam przejść obojętnie obok walczącej o życie mamy. Starałam się być silna, ale każdy ułamek sekundy był dla mnie coraz trudniejszy.
Podeszłam dwa kroki bliżej. Ratownicy nadal wykonywali reanimację. Z lekcji przysposobienia obronnego pamiętałam, że jeśli po kilku minutach reanimacji poszkodowany nie odzyskuje czynności życiowych, to można liczyć tylko na cud.
W pewnym momencie jeden z mężczyzn popatrzył na drugiego i ze smutkiem pokręcił głową. Wiedziałam, co to oznacza.
-Mamo! Ratujcie ją, na pewno się uda - krzyczałam podbiegając do nich. - No zróbcie coś!
Spojrzeli na mnie bezradnie, przepraszając wzrokiem. Zakręciło mi się w głowie. Nagle cały mój świat runął. Spróbowałam zrobić jeszcze jeden krok, ale zrobiło mi się ciemno przed oczami. Czułam tylko, że świat niesamowicie szybko wiruje, a jakieś dwie silne ręce chwytają mnie z tyłu. Na chwilę urwał mi się film. Ocknęłam się po paru minutach. Siedziałam na krześle, a przy mnie stał ratownik. Rozejrzałam się nerwowo dokoła. Przed sobą miałam taką samą scenerię, jaką zostawiłam na kilka chwil: kilkunastu gapiów, rozbite samochody, dwie karetki i unoszący się zapach benzyny.
-Co się stało? - spytałam, jeszcze nie do końca świadoma, co tak naprawdę przed chwilą widziałam.
-Zemdlałaś - wyjaśnił pan w jaskrawoczerwonym ubraniu. - Powinniśmy cię zabrać do szpitala na badania.
Dopiero teraz wszystko do mnie dotarło. W głowie widziałam każdy obraz, który zarejestrowałam przed omdleniem.
-O Boże... - wyszeptałam. - Nie leczcie mnie, tylko ratujcie mamę! Gdzie ona jest? Co z nią? Niech mi pan coś powie!
Gwałtownym ruchem wstałam z krzesła. Znów poczułam, że świat wiruje, ale ruszyłam przed siebie. Brązowowłosy mężczyzna dopiero teraz mnie zauważył i krzyknął za mną.
-Hej, wróć tutaj! Coś ci się może stać!
Nie usłyszał odpowiedzi. Byłam zbyt zdeterminowana i przerażona, aby wrócić tam i bezczynnie siedzieć. Moja mama była w o wiele gorszym stanie i to, że trochę bolała mnie głowa, było niczym w porównaniu z tym, co przeżywała ona.
Wyjrzałam zza karetki, gdzie niedawno toczyła się akcja ratownicza. Jeden samochód pogotowia właśnie odjeżdżał na sygnale. Na chodniku leżał ktoś przykryty czarną folią. Z filmów wiedziałam, co to oznacza.
Przez chwilę stałam nieruchomo ze łzami spływającymi po policzkach. Naprawdę ją straciłam i już nigdy więcej nie zobaczę. Nie wyobrażałam sobie mojego dalszego życia. Nie chciałam o tym myśleć, ale to przychodziło samo z siebie. Ktoś położył mi rękę na ramieniu.
-Przykro mi - powiedział męski głos tuż za moimi plecami. To był ten sam ratownik, który przedtem się mną opiekował. - Wyobrażam sobie, jakie to musi być dla ciebie straszne.
-Dlaczego nikt jej nie ratował? - spytałam żałosnym głosem.
-Twoja mama była w naprawdę złym stanie. To zderzenie było zbyt silne. Praktycznie już w chwili wypadku nie było dla niej szans. Przykro mi... - powtórzył.
-Na pewno dało się coś zrobić, na pewno dałoby się ją uratować - ignorowałam jego słowa. - Dlaczego jej nie pomogliście?
Rozpłakałam się na dobre. Nie miałam sił. Uklękłam na asfalcie i nie zastanawiając się, czy ktoś patrzy, wydałam z siebie głośny okrzyk. Czasem wykrzyczenie emocji pomagało, ale w tej sytuacji nic nie mogło pomóc. Wszystkie negatywne uczucia siedziały we mnie.
Pomyślałam o tacie i Natalii, którzy prawdopodobnie dalej żyli w nieświadomości. Prędzej czy później musieli się dowiedzieć. Roztrzęsioną ręką wyciągnęłam telefon. Minęły trzy długie sygnały, zanim rozległ się radosny głos taty. Zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno.
-Co tam, córcia? - spytał zupełnie beztrosko.
-Tato, przyjedź szybko przed osiedle, szybko - wybełkotałam, pociągając nosem i ocierając kolejne łzy.
-Edyta, co się stało? - zdenerwował się.
-Mama miała wypadek. Przyjedź szybko. Proszę cię - błagałam.
-Już jadę. Będę za chwilę. Trzymaj się - odpowiedział nerwowo i rozłączył się.
Byli małżeństwem z prawie dwudziestoletnim stażem. Kłócili się bardzo rzadko. Ich związek był wręcz idealny. To musiał być niewyobrażalny cios dla taty. Dlatego nie powiedziałam mu całej prawdy.
Zadzwoniłam jeszcze do Kuby i niewyraźnym głosem poprosiłam go, żeby przyszedł, jeśli może. Zapytał, co się stało, ale powiedziałam mu tylko, gdzie jestem. Obiecał, że będzie za chwilę. Brakowało mi osoby, która przytuliłaby mnie i powiedziała, że wszystko będzie w porządku. Nic nie było w porządku i nikt nie mógłby mi wmówić, że jest inaczej.
Kuba zjawił się z prędkością światła. Wyraźnie zdziwiony zaistniałą sytuacją odnalazł mnie i podbiegł.
-Co się stało? Co to za zamieszanie? - zapytał zdenerwowany.
Wskazałam palcem na czarną folię, a później na opla. Kuba od razu zrozumiał. Zakrył usta dłonią.
-O Boże... - zająknął się. - Czy tam jest...
Pokiwałam głową i znów wybuchnęłam płaczem. Kuba mocno mnie przytulił i długo nie wypuszczał ze swoich ramion. Było mi tak źle. Jedynym szczęściem w tym wszystkim było to, że miałam w kim znaleźć pocieszenie. Czułam, jak serce Kuby mocno i szybko bije.
Kilka minut później przyjechał tata. Kiedy powiedziałam mu, że mamy nie udało się uratować, zaczął nerwowo chodzić w tę i z powrotem, aż w końcu podszedł do ciała leżącego pod folią i zajrzał pod nią. Pewnie chciał się upewnić, czy przypadkiem nie pomyliłam mamy z kimś innym. Przez sekundę wpatrywał się nieruchomo w ciało, po czym je zakrył. Razem z Kubą obserwowaliśmy jego reakcję.
Tata pochylił głowę i rozpłakał się. Zrobiło mi się go żal. Popatrzyłam znacząco na Kubę i bez słów podeszliśmy do niego. Przykucnęłam obok i objęłam go ramieniem. Próbował powstrzymać łzy, które były silniejsze od niego.
-Jak to się stało? - szepnął, wycierając rękawem mokry policzek.
-Nie wiem. Tato, chodźmy stąd. Ja już dłużej nie mogę... Chodźmy... - powiedziałam.
Wstałam i pociągnęłam go do góry. Stawiał lekki opór, ale w końcu uległ. W tej samej chwili podszedł do nas policjant.
-Przepraszam - powiedział niskim głosem. - Czy państwo jesteście rodziną?
-Tak, to była moja żona - odpowiedział tata. - Wyjaśni mi ktoś, co się stało?
-Na razie to ustalamy, ale wstępnie wiadomo, że doszło do zderzenia czołowego, prawdopodobnie przez nieuwagę jednej ze stron - wyjaśnił policjant.
"Tak, jeden z kierowców rozmawiał przez telefon ze swoją bezmózgą córką", przeleciało mi przez myśl.
-Będziemy musieli zadać panu parę podstawowych pytań - polecił. - Możemy pana prosić na chwilę?
-Tak - odparł bez żadnych emocji i ruszył za mundurowym. - Dzieci, poczekajcie przy samochodzie.
Zgodnie z poleceniem taty podeszliśmy pod samochód. Żadne z nas nic nie mówiło. Usiadłam na krawędzi chodnika. Kuba zrobił to samo.
-Nie powinieneś być na treningu? - spytałam, uświadamiając sobie, że Kuba powinien być gdzieś indziej.
-Przestań, przecież nie zostawiłbym cię teraz samej dla głupiego treningu - wytłumaczył.
-Dziękuję - odpowiedziałam i znów zapadła głucha cisza.
Oparłam się o Kubę, a on objął mnie w talii. Siedzieliśmy tak dziesięć minut, aż w końcu z grobową miną pojawił się tata. Bez słowa otworzył samochód.
-Pojedziesz z nami? - poprosiłam.
-Nie chciałbym przeszkadzać. Pewnie teraz chcesz być z rodziną - odparł.
-Wiesz, że dla mnie jesteś kimś ważnym. Wsiadaj - zachęciłam.
Przekazanie złych informacji pozostałym członkom rodziny było bardzo trudnym momentem. Nikt nie mógł w to uwierzyć, wszyscy mieliśmy nadzieję, że to tylko sen. Natalia płakała przez długi czas. Była bardzo wrażliwa.
Tata został z babcią w kuchni. Zrobiłam herbatę i razem z Kubą i Natalią poszliśmy do mojego pokoju.
-To wszystko moja wina. Gdyby nie ja, nic by się nie stało - powiedziałam.
-Co ty mówisz? - zdziwiła się Natalia.
-Dostałam pałę z biologii i wezwali mamę do szkoły. Wymierzała mi karę, kiedy... kiedy nagle usłyszałam huk. Pewnie była nieźle wkurzona i na chwilę straciła kontrolę - wyjaśniłam. - Przepraszam.
-Przeprosinami niczego nie cofniesz - odpowiedziała sucho moja siostra. Wyczułam, że słusznie wini mnie.
-Wiem, choć bardzo bym chciała.

―――――――――――――――――――――――――

Sobota, 27 listopada
Minęły dwa dni od śmierci mamy. Dziś jest pogrzeb. Nie mogę spać. Jest 2:20, a ja siedzę przy zapalonej lampce i tak naprawdę nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Cały czas chce mi się płakać, ale nie mam już czym. Już dawno zabrakło mi łez.
Do taty ciągle dzwonią z policji, niby chcą go przesłuchać albo przekazać najnowsze wieści. Wszystko wskazuje na to, że miałam rację. Przyczyną wypadku była ta rozmowa telefoniczna. Ale jakie to ma znaczenie. Wszyscy doskonale wiedzą, że tak naprawdę winna jestem ja. Oddałabym wszystko, aby przywrócić Natalii mamę, tacie ukochaną żonę, a babci córkę. Wiem, że nie cofnę czasu i będę się o to obwiniać do końca życia.
Teraz wszystko się zmieni. Ja, jako starsza córka przejmuję większość obowiązków, a pozostali będą mi pomagać. To szczęście już chyba nie wróci. Jestem załamana. Prawie idealny model rodziny został zburzony. Muszę się przespać.

Zawsze wyobrażałam sobie, że na pogrzeb mamy pójdę jako kobieta w średnim wieku, z trójką dzieci, ale na pewno nie jako nastolatka. To chyba bolało najbardziej.
Wszyscy wspólnie poszliśmy do kościoła. Przed wejściem wielu ludzi składało nam kondolencje i wyrazy współczucia. Dzielnie je znosiłam, ale w końcu nie wytrzymałam i weszłam do środka.
Obrzędy wyglądały wręcz identycznie jak te, które przeżywałam w śnie. Cała nasza czwórka z trudem powstrzymywała łzy. Cały czas zadawałam sobie pytanie: dlaczego byłam tak głupia i nieodpowiedzialna? Mogłabym tłumaczyć się hormonami, nastoletnim wiekiem, ale dobrze wiedziałam, że byłam świadoma tego, że zaniedbuję szkołę. Chciałabym móc porozmawiać z mamą, przeprosić ją, wyjaśnić wszystko, ale na to było za późno.
Kuba również nie ukrywał emocji. Zawsze powtarzał, jak bardzo lubi moich rodziców i kiedy dowiedział się o wypadku, był zszokowany. Jego też dotknęła ta tragedia. W kościele cały czas stał obok mnie.
Doszliśmy na cmentarz. Zrobiło mi się słabo. Teraz naprawdę ostatni raz miałam widzieć mamę. Jesienny wiatr zakrywał mi twarz włosami.
Powoli podeszliśmy do trumny, która za chwilę zostanie spuszczona i zakopana na zawsze. Razem z Natalią zaczęłyśmy płakać. To były najsmutniejsze chwile w moim życiu. Po dwóch minutach wstaliśmy i cofnęliśmy się o dwa kroki.
Większość przybyłych porozchodziła się w ciągu kilkunastu minut od zakończenia obrzędów. Na cmentarzu zostaliśmy już tylko ja, Kuba, Natalia, tata, babcia i wujek Mietek - brat mamy. Staliśmy w ciszy. Cały czas czułam obecność mamy gdzieś obok. To dodawało mi otuchy. Ona wiedziałaby, jak mnie rozchmurzyć, pocieszyć. Przytuliłaby mnie i powiedziała, że wszystko się ułoży. Ale jej tu nie było.
Minęła godzina. Chłodny jesienny wiatr dawał się we znaki. Natalia trzęsła się z zimna, ale nie narzekała. Jak zwykle zresztą. Spojrzałam na nią, a potem na skupionego tatę, aż w końcu zebrałam się na odwagę i się odezwałam.
-Tato, jedźcie już do domu. Jest zimno, przeziębicie się - zasugerowałam.
-Jeszcze chwilę - odpowiedział cicho tata.
Wiedziałam, że jego "jeszcze chwilę" potrwa przynajmniej pół godziny, a Natalia już cała przemarzła. Podeszłam do niego, położyłam mu rękę na ramieniu i szepczącym głosem powiedziałam:
-Natalii jest zimno. Jedź do domu i odpocznij, przyjedziemy tu jutro. Kiedy tylko będziesz chciał.
Zastanowił się chwilę. Spojrzał na mnie, lekko się uśmiechnął i przytaknął.
-Masz rację. Jedziesz z nami? - spojrzał pytająco na Kubę.
-Nie, przejdę się. To niedaleko - grzecznie odpowiedział. - Ale dziękuję.
-Ja pójdę z nim - oświadczyłam. - Chcę się przejść i pomyśleć.
-Hmm... - zamyślił się tata. - No dobrze.
Znów zwrócił się do Kuby.
-Synu, dopilnuj, żeby nic jej się nie stało.
-Dobrze, proszę pana. Wróci cała i zdrowa - obiecał.
-Trzymaj się - powiedziałam na pożegnanie.
Chwyciłam mocno rękę Kuby. Chciałam czuć, że jest przy mnie w tym momencie.
-Nigdy sobie tego nie wybaczę - wyrzuciłam z siebie po minucie milczenia. - To ja powinnam tu leżeć, a nie mama.
-Nie mów tak. Obwinianie się w niczym ci nie pomoże. W końcu zamkniesz się w sobie. Tylko zmartwisz swoją rodzinę. Pamiętasz? Opowiadałem ci, jak było ze mną. To właśnie przez takie narzucanie sobie winy tata wysyłał mnie do tylu psychologów. Żyj dalej i wszystko, co robisz, rób z myślą o mamie - poradził.
-Wiesz, chyba masz rację. Ale to jest takie trudne. Wiem, że to wszystko to moja wina i nie umiem pozbyć się tej myśli - wyjaśniłam.
-Z czasem to minie. Może staraj się od czasu do czasu z nią rozmawiać. To ci na pewno pomoże.
-Dziękuję ci za wszystko - uśmiechnęłam się. - Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.
Odwzajemnił uśmiech, który znaczył dla mnie tak wiele. Kuba był ze mną w tych dobrych, ale też złych chwilach. Doskonale rozumiał moją sytuację. Sam kilka lat temu stracił mamę i przeżywał to samo.
-Wracajmy już, robi się ciemno - zaproponowałam.
Ostatni raz spojrzałam na grób mamy. Było mi smutno. Odwróciłam głowę i poszliśmy.
-Pamiętasz, jak opowiadałam ci ten mój długi sen? - spytałam, kiedy szliśmy chodnikiem.
-No pewnie. A co?
-Wszystko z tego snu się sprawdziło: nowy telefon, ty, mój wypadek, aż w końcu... No wiesz... - przerwałam na chwilę. - Każdy szczegół. Może poza domem dziecka. Myślisz, że powinnam o tym poważnie pomyśleć? Nie wierzę w zbiegi okoliczności.
-Ludzie czasem mają prorocze sny - odpowiedział Kuba po namyśle. - Może to właśnie był jeden z takich snów?
-Pewnie tak. Nigdy więcej nie chciałabym takiego mieć.
-Nie dziwię ci się.
Doszliśmy do mojego domu. Zaprosiłam Kubę na herbatę, ale odmówił, twierdząc, że jest późno i tata będzie się martwił. Pożegnałam się z nim i wróciłam do domu. Tata z Natalią leżeli na kanapie przed telewizorem i spali. Wyłączyłam film, przykryłam ich kocem i poszłam do siebie. Zdjęłam z siebie eleganckie ciuchy, wzięłam krótki prysznic i włożyłam ulubioną niebieską piżamę. Weszłam do łóżka i otuliłam się ciepłą kołdrą.
Przez długi czas nie mogłam zasnąć. To poczucie winy przypominało o sobie co minutę. W końcu powieki same zamknęły się ze zmęczenia.
Śniło mi się, że odwiedziła mnie mama. Była pogodna i uśmiechnięta. Mówiła, że jestem dobrym człowiekiem, tylko trochę się pogubiłam. Powiedziała, żebym nie zrzucała całej winy na siebie. Na końcu życzyła mi wszystkiego dobrego i dodała, że wszystkich nas kocha. Mówiła to wszystko tak przekonującym głosem, że nie mogłam jej nie uwierzyć.
Obudziłam się spokojniejsza niż zasnęłam. Byłam pewna, że mama cały czas jest wśród nas i czuwa nad nami. Zrozumiałam, że ten sen, jak i poprzedni, ma dla mnie ogromne znaczenie. Mama prosiła mnie, żeby z mojej twarzy zniknął smutek, a w jego miejscu pojawiły się uśmiech i szczęście. Znalazłam siły, by dalej żyć.

Niedziela, 28 listopada
Byłam nieuważna i nawet gdybym chciała, nie udałoby mi się oszukać przeznaczenia, bo ono i tak prędzej czy później by mnie dopadło. Dla mojej rodziny muszę być silna, bo wiem, że mama by tego chciała. Mam wspaniałych przyjaciół i cudownego chłopaka oraz kochającą rodzinę. Mam wszystko. Zaczynam żyć od nowa. Zaczynam żyć lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz