Dobry wieczór!! Mam dla Was ostatni rozdział "Skradzionych Snów". Nie będę się rozpisywać, zapraszam do czytania, a za chwilę także epilog. :)
Rozdział
piętnasty
Odezwała
się głucha cisza. Przestraszyłam się. Zaczęłam biec w stronę
głównej ulicy. Nie mogłam pozbierać myśli. Miałam nadzieję, że
to dzieje się w śnie, z którego zaraz się obudzę i wszystko
będzie po staremu. Nie mogłam uwierzyć, że znów to przeżywam.
Ze
strachem ponownie wybrałam numer mamy z nadzieją, że odbierze.
Niestety, cały czas włączała się poczta głosowa. Ponieważ Kuba
miał niedaleko do szkoły, wystarczyło, że dobiegnę do
skrzyżowania, przejdę na drugą stronę i będę widziała drogę
na co najmniej czterysta metrów. Stwierdziłam, że mama mogła
pojechać okrężną drogą, dlatego prawie na pewno była gdzieś
dalej, ale wolałam to sprawdzić.
Nie
czekając na zielone światło, przeszłam przez ulicę. Kiedy
dotarłam na chodnik, usłyszałam sygnał karetki, którą
zauważyłam kilka sekund później, pędzącą w stronę osiedla,
czyli tam, gdzie mama unikała korków.
Coraz
bardziej obawiałam się najgorszego. Biegłam co tchu w stronę
osiedla. Zaczynało brakować mi sił, ale myśl, że mamie mogło
się coś stać, umacniała mnie. Skręciłam w lewo. Kilkadziesiąt
metrów przede mną stał tłum ludzi, obserwujący zdarzenie.
Zobaczyłam dwa rozbite samochody. Jeden z nich znałam doskonale -
to był czarny opel, którym mama przyjechała do szkoły.
Coś
kazało mi wierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności i wszystko
jest w porządku, a ja niepotrzebnie się denerwuję. Przez chwilę
łudziłam się tą myślą, ale rzeczywistość mówiła mi zupełnie
coś innego. Nie wierzyłam w przypadki, a szczególnie ten.
-Boże,
proszę, nie rób mi tego. Zacznę się uczyć, obiecuję - modliłam
się, zbliżając się do grupy kilkunastu ludzi.
Przecisnęłam
się między dwoma starszymi paniami. Teraz widziałam wszystko z
bliska. Z samochodu pozostały praktycznie szczątki, cały przód
był wgnieciony. Tata kiedyś mówił mi, że w takiej sytuacji
pasażer ma znikome szanse na przeżycie. Uświadomiłam to sobie w
chwili, kiedy policjant podszedł i powiedział, żebym stąd poszła,
bo te widoki są zbyt drastyczne.
-Tam
jest moja mama! - krzyknęłam, odepchnęłam go i ruszyłam dalej.
Dwóch
ratowników niosło nosze z nieprzytomnym mężczyzną w dość
marnym stanie. Dziesięć metrów dalej dwóch kolejnych reanimowało
kobietę. Przyglądnęłam się dokładniej. Miała takie same
ubrania, jak mama, kiedy wchodziła do szkoły. Nie miałam żadnych
wątpliwości, że tą kobietą jest właśnie ona.
Niezmiernie
bałam się zrobić następny krok. Bałam się spojrzeć prawdzie w
oczy. Za chwilę miałam zobaczyć coś, co zostanie na zawsze w
mojej pamięci i raczej nie będzie to przyjemny widok, co
wnioskowałam po stanie, w jakim znajdował się samochód.
Postąpiłam
naprzód. Gdyby nie była to moja mama, pewnie poszłabym stamtąd,
twierdząc, że takie wypadki się zdarzają i taka właśnie jest
kolej życia - jedni przychodzą, a inni odchodzą, czasem w najmniej
spodziewanym momencie. Ale nie mogłam przejść obojętnie obok
walczącej o życie mamy. Starałam się być silna, ale każdy
ułamek sekundy był dla mnie coraz trudniejszy.
Podeszłam
dwa kroki bliżej. Ratownicy nadal wykonywali reanimację. Z lekcji
przysposobienia obronnego pamiętałam, że jeśli po kilku minutach
reanimacji poszkodowany nie odzyskuje czynności życiowych, to można
liczyć tylko na cud.
W
pewnym momencie jeden z mężczyzn popatrzył na drugiego i ze
smutkiem pokręcił głową. Wiedziałam, co to oznacza.
-Mamo!
Ratujcie ją, na pewno się uda - krzyczałam podbiegając do nich. -
No zróbcie coś!
Spojrzeli
na mnie bezradnie, przepraszając wzrokiem. Zakręciło mi się w
głowie. Nagle cały mój świat runął. Spróbowałam zrobić
jeszcze jeden krok, ale zrobiło mi się ciemno przed oczami. Czułam
tylko, że świat niesamowicie szybko wiruje, a jakieś dwie silne
ręce chwytają mnie z tyłu. Na chwilę urwał mi się film.
Ocknęłam się po paru minutach. Siedziałam na krześle, a przy
mnie stał ratownik. Rozejrzałam się nerwowo dokoła. Przed sobą
miałam taką samą scenerię, jaką zostawiłam na kilka chwil:
kilkunastu gapiów, rozbite samochody, dwie karetki i unoszący się
zapach benzyny.
-Co
się stało? - spytałam, jeszcze nie do końca świadoma, co tak
naprawdę przed chwilą widziałam.
-Zemdlałaś
- wyjaśnił pan w jaskrawoczerwonym ubraniu. - Powinniśmy cię
zabrać do szpitala na badania.
Dopiero
teraz wszystko do mnie dotarło. W głowie widziałam każdy obraz,
który zarejestrowałam przed omdleniem.
-O
Boże... - wyszeptałam. - Nie leczcie mnie, tylko ratujcie mamę!
Gdzie ona jest? Co z nią? Niech mi pan coś powie!
Gwałtownym
ruchem wstałam z krzesła. Znów poczułam, że świat wiruje, ale
ruszyłam przed siebie. Brązowowłosy mężczyzna dopiero teraz mnie
zauważył i krzyknął za mną.
-Hej,
wróć tutaj! Coś ci się może stać!
Nie
usłyszał odpowiedzi. Byłam zbyt zdeterminowana i przerażona, aby
wrócić tam i bezczynnie siedzieć. Moja mama była w o wiele
gorszym stanie i to, że trochę bolała mnie głowa, było niczym w
porównaniu z tym, co przeżywała ona.
Wyjrzałam
zza karetki, gdzie niedawno toczyła się akcja ratownicza. Jeden
samochód pogotowia właśnie odjeżdżał na sygnale. Na chodniku
leżał ktoś przykryty czarną folią. Z filmów wiedziałam, co to
oznacza.
Przez
chwilę stałam nieruchomo ze łzami spływającymi po policzkach.
Naprawdę ją straciłam i już nigdy więcej nie zobaczę. Nie
wyobrażałam sobie mojego dalszego życia. Nie chciałam o tym
myśleć, ale to przychodziło samo z siebie. Ktoś położył mi
rękę na ramieniu.
-Przykro
mi - powiedział męski głos tuż za moimi plecami. To był ten sam
ratownik, który przedtem się mną opiekował. - Wyobrażam sobie,
jakie to musi być dla ciebie straszne.
-Dlaczego
nikt jej nie ratował? - spytałam żałosnym głosem.
-Twoja
mama była w naprawdę złym stanie. To zderzenie było zbyt silne.
Praktycznie już w chwili wypadku nie było dla niej szans. Przykro
mi... - powtórzył.
-Na
pewno dało się coś zrobić, na pewno dałoby się ją uratować -
ignorowałam jego słowa. - Dlaczego jej nie pomogliście?
Rozpłakałam
się na dobre. Nie miałam sił. Uklękłam na asfalcie i nie
zastanawiając się, czy ktoś patrzy, wydałam z siebie głośny
okrzyk. Czasem wykrzyczenie emocji pomagało, ale w tej sytuacji nic
nie mogło pomóc. Wszystkie negatywne uczucia siedziały we mnie.
Pomyślałam
o tacie i Natalii, którzy prawdopodobnie dalej żyli w
nieświadomości. Prędzej czy później musieli się dowiedzieć.
Roztrzęsioną ręką wyciągnęłam telefon. Minęły trzy długie
sygnały, zanim rozległ się radosny głos taty. Zrobiło mi się
jeszcze bardziej smutno.
-Co
tam, córcia? - spytał zupełnie beztrosko.
-Tato,
przyjedź szybko przed osiedle, szybko - wybełkotałam, pociągając
nosem i ocierając kolejne łzy.
-Edyta,
co się stało? - zdenerwował się.
-Mama
miała wypadek. Przyjedź szybko. Proszę cię - błagałam.
-Już
jadę. Będę za chwilę. Trzymaj się - odpowiedział nerwowo i
rozłączył się.
Byli
małżeństwem z prawie dwudziestoletnim stażem. Kłócili się
bardzo rzadko. Ich związek był wręcz idealny. To musiał być
niewyobrażalny cios dla taty. Dlatego nie powiedziałam mu całej
prawdy.
Zadzwoniłam
jeszcze do Kuby i niewyraźnym głosem poprosiłam go, żeby
przyszedł, jeśli może. Zapytał, co się stało, ale powiedziałam
mu tylko, gdzie jestem. Obiecał, że będzie za chwilę. Brakowało
mi osoby, która przytuliłaby mnie i powiedziała, że wszystko
będzie w porządku. Nic nie było w porządku i nikt nie mógłby mi
wmówić, że jest inaczej.
Kuba
zjawił się z prędkością światła. Wyraźnie zdziwiony
zaistniałą sytuacją odnalazł mnie i podbiegł.
-Co
się stało? Co to za zamieszanie? - zapytał zdenerwowany.
Wskazałam
palcem na czarną folię, a później na opla. Kuba od razu
zrozumiał. Zakrył usta dłonią.
-O
Boże... - zająknął się. - Czy tam jest...
Pokiwałam
głową i znów wybuchnęłam płaczem. Kuba mocno mnie przytulił i
długo nie wypuszczał ze swoich ramion. Było mi tak źle. Jedynym
szczęściem w tym wszystkim było to, że miałam w kim znaleźć
pocieszenie. Czułam, jak serce Kuby mocno i szybko bije.
Kilka
minut później przyjechał tata. Kiedy powiedziałam mu, że mamy
nie udało się uratować, zaczął nerwowo chodzić w tę i z
powrotem, aż w końcu podszedł do ciała leżącego pod folią i
zajrzał pod nią. Pewnie chciał się upewnić, czy przypadkiem nie
pomyliłam mamy z kimś innym. Przez sekundę wpatrywał się
nieruchomo w ciało, po czym je zakrył. Razem z Kubą obserwowaliśmy
jego reakcję.
Tata
pochylił głowę i rozpłakał się. Zrobiło mi się go żal.
Popatrzyłam znacząco na Kubę i bez słów podeszliśmy do niego.
Przykucnęłam obok i objęłam go ramieniem. Próbował powstrzymać
łzy, które były silniejsze od niego.
-Jak
to się stało? - szepnął, wycierając rękawem mokry policzek.
-Nie
wiem. Tato, chodźmy stąd. Ja już dłużej nie mogę... Chodźmy...
- powiedziałam.
Wstałam
i pociągnęłam go do góry. Stawiał lekki opór, ale w końcu
uległ. W tej samej chwili podszedł do nas policjant.
-Przepraszam
- powiedział niskim głosem. - Czy państwo jesteście rodziną?
-Tak,
to była moja żona - odpowiedział tata. - Wyjaśni mi ktoś, co się
stało?
-Na
razie to ustalamy, ale wstępnie wiadomo, że doszło do zderzenia
czołowego, prawdopodobnie przez nieuwagę jednej ze stron - wyjaśnił
policjant.
"Tak,
jeden z kierowców rozmawiał przez telefon ze swoją bezmózgą
córką", przeleciało mi przez myśl.
-Będziemy
musieli zadać panu parę podstawowych pytań - polecił. - Możemy
pana prosić na chwilę?
-Tak
- odparł bez żadnych emocji i ruszył za mundurowym. - Dzieci,
poczekajcie przy samochodzie.
Zgodnie
z poleceniem taty podeszliśmy pod samochód. Żadne z nas nic nie
mówiło. Usiadłam na krawędzi chodnika. Kuba zrobił to samo.
-Nie
powinieneś być na treningu? - spytałam, uświadamiając sobie, że
Kuba powinien być gdzieś indziej.
-Przestań,
przecież nie zostawiłbym cię teraz samej dla głupiego treningu -
wytłumaczył.
-Dziękuję
- odpowiedziałam i znów zapadła głucha cisza.
Oparłam
się o Kubę, a on objął mnie w talii. Siedzieliśmy tak dziesięć
minut, aż w końcu z grobową miną pojawił się tata. Bez słowa
otworzył samochód.
-Pojedziesz
z nami? - poprosiłam.
-Nie
chciałbym przeszkadzać. Pewnie teraz chcesz być z rodziną -
odparł.
-Wiesz,
że dla mnie jesteś kimś ważnym. Wsiadaj - zachęciłam.
Przekazanie
złych informacji pozostałym członkom rodziny było bardzo trudnym
momentem. Nikt nie mógł w to uwierzyć, wszyscy mieliśmy nadzieję,
że to tylko sen. Natalia płakała przez długi czas. Była bardzo
wrażliwa.
Tata
został z babcią w kuchni. Zrobiłam herbatę i razem z Kubą i
Natalią poszliśmy do mojego pokoju.
-To
wszystko moja wina. Gdyby nie ja, nic by się nie stało -
powiedziałam.
-Co
ty mówisz? - zdziwiła się Natalia.
-Dostałam
pałę z biologii i wezwali mamę do szkoły. Wymierzała mi karę,
kiedy... kiedy nagle usłyszałam huk. Pewnie była nieźle wkurzona
i na chwilę straciła kontrolę - wyjaśniłam. - Przepraszam.
-Przeprosinami
niczego nie cofniesz - odpowiedziała sucho moja siostra. Wyczułam,
że słusznie wini mnie.
-Wiem,
choć bardzo bym chciała.
―――――――――――――――――――――――――
Sobota,
27 listopada
Minęły
dwa dni od śmierci mamy. Dziś jest pogrzeb. Nie mogę spać. Jest
2:20, a ja siedzę przy zapalonej lampce i tak naprawdę nie mam
pojęcia, co ze sobą zrobić. Cały czas chce mi się płakać, ale
nie mam już czym. Już dawno zabrakło mi łez.
Do
taty ciągle dzwonią z policji, niby chcą go przesłuchać albo
przekazać najnowsze wieści. Wszystko wskazuje na to, że miałam
rację. Przyczyną wypadku była ta rozmowa telefoniczna. Ale jakie
to ma znaczenie. Wszyscy doskonale wiedzą, że tak naprawdę winna
jestem ja. Oddałabym wszystko, aby przywrócić Natalii mamę, tacie
ukochaną żonę, a babci córkę. Wiem, że nie cofnę czasu i będę
się o to obwiniać do końca życia.
Teraz
wszystko się zmieni. Ja, jako starsza córka przejmuję większość
obowiązków, a pozostali będą mi pomagać. To szczęście już
chyba nie wróci. Jestem załamana. Prawie idealny model rodziny
został zburzony. Muszę się przespać.
Zawsze
wyobrażałam sobie, że na pogrzeb mamy pójdę jako kobieta w
średnim wieku, z trójką dzieci, ale na pewno nie jako nastolatka.
To chyba bolało najbardziej.
Wszyscy
wspólnie poszliśmy do kościoła. Przed wejściem wielu ludzi
składało nam kondolencje i wyrazy współczucia. Dzielnie je
znosiłam, ale w końcu nie wytrzymałam i weszłam do środka.
Obrzędy
wyglądały wręcz identycznie jak te, które przeżywałam w śnie.
Cała nasza czwórka z trudem powstrzymywała łzy. Cały czas
zadawałam sobie pytanie: dlaczego byłam tak głupia i
nieodpowiedzialna? Mogłabym tłumaczyć się hormonami, nastoletnim
wiekiem, ale dobrze wiedziałam, że byłam świadoma tego, że
zaniedbuję szkołę. Chciałabym móc porozmawiać z mamą,
przeprosić ją, wyjaśnić wszystko, ale na to było za późno.
Kuba
również nie ukrywał emocji. Zawsze powtarzał, jak bardzo lubi
moich rodziców i kiedy dowiedział się o wypadku, był zszokowany.
Jego też dotknęła ta tragedia. W kościele cały czas stał obok
mnie.
Doszliśmy
na cmentarz. Zrobiło mi się słabo. Teraz naprawdę ostatni raz
miałam widzieć mamę. Jesienny wiatr zakrywał mi twarz włosami.
Powoli
podeszliśmy do trumny, która za chwilę zostanie spuszczona i
zakopana na zawsze. Razem z Natalią zaczęłyśmy płakać. To były
najsmutniejsze chwile w moim życiu. Po dwóch minutach wstaliśmy i
cofnęliśmy się o dwa kroki.
Większość
przybyłych porozchodziła się w ciągu kilkunastu minut od
zakończenia obrzędów. Na cmentarzu zostaliśmy już tylko ja,
Kuba, Natalia, tata, babcia i wujek Mietek - brat mamy. Staliśmy w
ciszy. Cały czas czułam obecność mamy gdzieś obok. To dodawało
mi otuchy. Ona wiedziałaby, jak mnie rozchmurzyć, pocieszyć.
Przytuliłaby mnie i powiedziała, że wszystko się ułoży. Ale jej
tu nie było.
Minęła
godzina. Chłodny jesienny wiatr dawał się we znaki. Natalia
trzęsła się z zimna, ale nie narzekała. Jak zwykle zresztą.
Spojrzałam na nią, a potem na skupionego tatę, aż w końcu
zebrałam się na odwagę i się odezwałam.
-Tato,
jedźcie już do domu. Jest zimno, przeziębicie się -
zasugerowałam.
-Jeszcze
chwilę - odpowiedział cicho tata.
Wiedziałam,
że jego "jeszcze chwilę" potrwa przynajmniej pół
godziny, a Natalia już cała przemarzła. Podeszłam do niego,
położyłam mu rękę na ramieniu i szepczącym głosem
powiedziałam:
-Natalii
jest zimno. Jedź do domu i odpocznij, przyjedziemy tu jutro. Kiedy
tylko będziesz chciał.
Zastanowił
się chwilę. Spojrzał na mnie, lekko się uśmiechnął i
przytaknął.
-Masz
rację. Jedziesz z nami? - spojrzał pytająco na Kubę.
-Nie,
przejdę się. To niedaleko - grzecznie odpowiedział. - Ale
dziękuję.
-Ja
pójdę z nim - oświadczyłam. - Chcę się przejść i pomyśleć.
-Hmm...
- zamyślił się tata. - No dobrze.
Znów
zwrócił się do Kuby.
-Synu,
dopilnuj, żeby nic jej się nie stało.
-Dobrze,
proszę pana. Wróci cała i zdrowa - obiecał.
-Trzymaj
się - powiedziałam na pożegnanie.
Chwyciłam
mocno rękę Kuby. Chciałam czuć, że jest przy mnie w tym
momencie.
-Nigdy
sobie tego nie wybaczę - wyrzuciłam z siebie po minucie milczenia.
- To ja powinnam tu leżeć, a nie mama.
-Nie
mów tak. Obwinianie się w niczym ci nie pomoże. W końcu zamkniesz
się w sobie. Tylko zmartwisz swoją rodzinę. Pamiętasz?
Opowiadałem ci, jak było ze mną. To właśnie przez takie
narzucanie sobie winy tata wysyłał mnie do tylu psychologów. Żyj
dalej i wszystko, co robisz, rób z myślą o mamie - poradził.
-Wiesz,
chyba masz rację. Ale to jest takie trudne. Wiem, że to wszystko to
moja wina i nie umiem pozbyć się tej myśli - wyjaśniłam.
-Z
czasem to minie. Może staraj się od czasu do czasu z nią
rozmawiać. To ci na pewno pomoże.
-Dziękuję
ci za wszystko - uśmiechnęłam się. - Jesteś najlepszym, co mnie
w życiu spotkało.
Odwzajemnił
uśmiech, który znaczył dla mnie tak wiele. Kuba był ze mną w
tych dobrych, ale też złych chwilach. Doskonale rozumiał moją
sytuację. Sam kilka lat temu stracił mamę i przeżywał to samo.
-Wracajmy
już, robi się ciemno - zaproponowałam.
Ostatni
raz spojrzałam na grób mamy. Było mi smutno. Odwróciłam głowę
i poszliśmy.
-Pamiętasz,
jak opowiadałam ci ten mój długi sen? - spytałam, kiedy szliśmy
chodnikiem.
-No
pewnie. A co?
-Wszystko
z tego snu się sprawdziło: nowy telefon, ty, mój wypadek, aż w
końcu... No wiesz... - przerwałam na chwilę. - Każdy szczegół.
Może poza domem dziecka. Myślisz, że powinnam o tym poważnie
pomyśleć? Nie wierzę w zbiegi okoliczności.
-Ludzie
czasem mają prorocze sny - odpowiedział Kuba po namyśle. - Może
to właśnie był jeden z takich snów?
-Pewnie
tak. Nigdy więcej nie chciałabym takiego mieć.
-Nie
dziwię ci się.
Doszliśmy
do mojego domu. Zaprosiłam Kubę na herbatę, ale odmówił,
twierdząc, że jest późno i tata będzie się martwił. Pożegnałam
się z nim i wróciłam do domu. Tata z Natalią leżeli na kanapie
przed telewizorem i spali. Wyłączyłam film, przykryłam ich kocem
i poszłam do siebie. Zdjęłam z siebie eleganckie ciuchy, wzięłam
krótki prysznic i włożyłam ulubioną niebieską piżamę. Weszłam
do łóżka i otuliłam się ciepłą kołdrą.
Przez
długi czas nie mogłam zasnąć. To poczucie winy przypominało o
sobie co minutę. W końcu powieki same zamknęły się ze zmęczenia.
Śniło
mi się, że odwiedziła mnie mama. Była pogodna i uśmiechnięta.
Mówiła, że jestem dobrym człowiekiem, tylko trochę się
pogubiłam. Powiedziała, żebym nie zrzucała całej winy na siebie.
Na końcu życzyła mi wszystkiego dobrego i dodała, że wszystkich
nas kocha. Mówiła to wszystko tak przekonującym głosem, że nie
mogłam jej nie uwierzyć.
Obudziłam
się spokojniejsza niż zasnęłam. Byłam pewna, że mama cały czas
jest wśród nas i czuwa nad nami. Zrozumiałam, że ten sen, jak i
poprzedni, ma dla mnie ogromne znaczenie. Mama prosiła mnie, żeby z
mojej twarzy zniknął smutek, a w jego miejscu pojawiły się
uśmiech i szczęście. Znalazłam siły, by dalej żyć.
Niedziela,
28 listopada
Byłam
nieuważna i nawet gdybym chciała, nie udałoby mi się oszukać
przeznaczenia, bo ono i tak prędzej czy później by mnie dopadło.
Dla mojej rodziny muszę być silna, bo wiem, że mama by tego
chciała. Mam wspaniałych przyjaciół i cudownego chłopaka oraz
kochającą rodzinę. Mam wszystko. Zaczynam żyć od nowa. Zaczynam
żyć lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz