wtorek, 21 sierpnia 2012

Rozdział XIV

Witam i zapraszam na przedostatni rozdział :) Niektórzy już wiedzą, że książka ma tytuł "Skradzione sny", dlatego też w najbliższym czasie zmieni się nieco tło :) Pozdrawiam :*


    Rozdział czternasty
    Przez cały dzień zastanawiałam się, czym sobie zasłużyłam, że mam takich wspaniałych przyjaciół. Popełniłam tyle błędów, zraniłam najlepszą kumpelę i chłopaka, a oni, jak gdyby nigdy nic, po prostu pierwsi wyciągnęli do mnie rękę. Było mi strasznie głupio, ale z drugiej strony miałam pewność, że w najgorszych chwilach nie będę sama. Obok mnie byli Kuba, Wiki i Natalia, chociaż ona jeszcze nie wszystko rozumiała i zdarzało jej się wypaplać pewne sekrety, które jej powierzyłam, a które miała zachować dla siebie.
    Żeby Magda nie poczuła się gorsza, na lekcjach dalej siedziała z Wiki. Ja przesiadłam się od Kuby do pustej ławki, która stała przed Magdą i Wiktorią. Nie wiedziałam, co Kuba sobie pomyśli, ale nie chciałam, żeby wszystko działo się za szybko.
    Musiałam sobie przemyśleć parę rzeczy, a nudna historia była do tego świetną okazją. Nie zauważyłam tylko jednego szczegółu - przede mną siedziała Ropucha ze swoją jedyną koleżanką.
    -Ooo... Zakochana para już nie razem? Co się stało? - spytała opryskliwym i pełnym ironii głosem. Najwyraźniej cieszyło ją nasze rozstanie.
    -Co cię to obchodzi? - odpowiedziałam wyrwana z myśli.
    -Widocznie wszyscy od ciebie odchodzą. Najpierw psiapsiółeczka, potem chłopak... Znudziłaś im się i mają cię dość?
    Na jej twarzy widziałam złowrogi uśmieszek. Był pełen satysfakcji. Nie chciałam na nią patrzeć, ani tym bardziej słuchać jej opinii na mój temat.
    -Odwal się - rzuciłam i odwróciłam głowę w stronę okna, jednym uchem słuchając nauczycielki, a drugim łapiąc swoje myśli.
    Kiedy zabrzmiał dzwonek, wiedziałam, na czym stoję. Przyjaciółka wybaczyła mi mój błąd, a chłopak dzień po rozstaniu chce być moim kumplem. Tego nie mogłam tak zostawić. Postanowiłam szczerze z nim porozmawiać i ustalić, co dalej. Zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie już nie będziemy razem, ale chciałam mieć przynajmniej czyste sumienie i świadomość, że zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby spróbować naprawić swoje stosunki z Kubą.
    Na korytarzu zatrzymał mnie Kuba. Szedł za mną tak cicho, dlatego przestraszyłam się, kiedy zobaczyłam go idącego obok.
    -Hej - powiedział, patrząc na mnie.
    Zawsze śmieszyło mnie, kiedy patrzył na mnie "z góry". Przyjmował wtedy postawę żołnierską, przez co dodawał sobie kilka złudnych centymetrów wzrostu, a fakt, że i tak był już wysoki, czynił go olbrzymem. Nie wiem, czy świadomie, ale kiedy do mnie podchodził, przyjął właśnie taką pozycję, dlatego mimowolnie się uśmiechnęłam.
    -Z czego się śmiejesz krasnalu? - spytał żartem.
    -Mam metr sześćdziesiąt siedem i nie jestem krasnalem, już ci to powtarzałam tysiąc razy! - odpowiedziałam, udając oburzenie.
    -Ehe, jasne - uśmiechnął się. - A tak w ogóle... to dlaczego się przesiadłaś?
    Zaskoczył mnie tym pytaniem. Mogłam się go przecież spodziewać i przygotować sobie jakąś dobrą odpowiedź, w tym przypadku musiałam improwizować.
    -No... Właściwie to... To dlatego, że... chciałam pogadać z Wiki - skłamałam, choć nie był oto do końca kłamstwem, bo kilka razy, kiedy w klasie robiło się głośno, odwracałam się do tyłu i zamieniałam kilka słów z dziewczynami.
    -To dlaczego nie gadałyście?
    Kuba z łatwością przyłapał mnie na kłamstwie. Jego bystrość pozwala mu na szybkie przemyślenie sytuacji. Dałam się złapać jak mysz w pułapkę i musiałam się poddać. Nie chciałam robić z siebie idiotki.
    -No dobra... Masz mnie - przyznałam, kiedy schodziliśmy po schodach. - Chciałam trochę pomyśleć. Wiesz, jak to lubię.
    -Wiem, wiem i to bardzo dobrze - uśmiechnął się. - No i co wymyśliłaś?
    -Trochę głupio mi o tym mówić tutaj, przy wszystkich. Może... Masz czas dzisiaj po szkole? - zaproponowałam.
    -Dzisiaj mam trening. No wiesz, niedługo mistrzostwa krajowe, musimy być w najlepszej formie. Trener już nie wytrzymuje z nerwów i to wszystko jeszcze udziela się nam. Dopiero w niedzielę mam w miarę wolny dzień - wyjaśnił.
    -Kurczę, współczuję ci - powiedziałam. - A może... nie masz nic przeciwko, żebym cię odprowadziła?
    -Co to w ogóle za pytanie? Jasne, że nie - uśmiechnął się.
    Zabrzmiał dzwonek. Stanęliśmy obok drzwi klasy, żeby przypadkiem nie pominąć nauczyciela i dostać spóźnienia. Pani Starniak niezbyt mnie lubiła i moja wpadka byłaby dla niej świetną okazją, by mi dopiec.
    Niestety, tego dnia nie była w najlepszym humorze, co udowodniła już przy otwieraniu drzwi, kiedy klucz zaciął się w zamku. Mało brakowało, a z jej ust wypłynąłby bukiet przekleństw. Kiedy podeszła do biurka, w klasie wciąż trwały nieco przyciszone rozmowy. Jedno silne uderzenie pięścią o blat uciszyło nawet najbardziej rozgadanych.
    Po sprawdzeniu obecności pani Starniak otwarła dziennik na stronie z ocenami z biologii. To oznaczało tylko jedno i dobrze wiedzieliśmy, co. Wszyscy pospiesznie wyciągnęli podręczniki i zaczęli się uczyć. Ja też otworzyłam swój na przypadkowej stronie, ale nie czytałam ostatnich lekcji. I tak wiedziałam, że w pół minuty niczego się nie nauczę, a znając moje szczęście, zostanę wywołana do odpowiedzi.
    -No to możeee... - powiedziała, przeciągając słowa i wodząc wzrokiem po liście uczniów, choć widziałam, że już wie. - może Edytka? Widzę, że jesteś pewna siebie i się nie uczysz jak inni, więc może coś ciekawego nam opowiesz?
    "Wiedziałam", pomyślałam, po czym z niepewną miną zgarnęłam zeszyt z ławki i podeszłam do biurka. Wiedziałam, że za chwilę będę martwa, a mama mnie dobije, kiedy dowie się o kolejnej jedynce z biologii.
    Jak na dwa miesiące nauki, moje oceny z tego przedmiotu były zaskakująco słabe. Miałam jedynkę, dwójkę i czwórkę. Z jednej strony wina leżała po mojej stronie - nie przykładałam się zbytnio do przedmiotu, który mnie kompletnie nie interesował, ale z drugiej miałam dziwne wrażenie, że jestem surowiej oceniana od innych.
    -No to opowiedz mi o układzie pokarmowym - poleciła.
    -Człowieka? - spytałam bez sensu, żeby dać sobie kilka sekund na zastanowienie.
    Spojrzała na mnie jak na totalną idiotkę.
    -Tak, człowieka. Chyba, że chcesz, to może być dinozaura - odpowiedziała z frustracją.
    -Ale co dokładniej mam powiedzieć? - zapytałam, zupełnie spokojna. I tak wiedziałam, co mnie czeka, ponieważ się nie uczyłam. Wczoraj miałam coś ważniejszego do zrobienia niż biologia.
    -Możesz wyjaśnić, gdzie trawią się poszczególne składniki pokarmowe i jaki one mają wpływ na organizm człowieka, a potem omówić budowę układu pokarmowego. Najlepiej w kolejności - wyjaśniła, starając się zachowywać naturalnie, choć w jej oczach widziałam złowrogość.
    Z lekcji pamiętałam niewiele, z podręcznika otwartego w domu "na odczep" jeszcze mniej, ale spróbowałam coś wymyślić.
    -No więc... - wyjąkałam, niepewna swojej odpowiedzi,
    -Koleżanko, zdania nie zaczynamy od "no więc" - przerwała mi Starniakowa.
    "Nieźle się zaczyna, może być wesoło", pomyślałam sobie.
    -Układ pokarmowy zaczyna się w jamie ustnej...
    -Nie "zaczyna się", tylko "ma początek" - poprawiła mnie.
    -Przecież to jest to samo - odpowiedziałam, nie ukrywając uśmiechu.
    Zawsze czułam satysfakcję z tego, że mogłam poprawić "wszechwiedzącego" i to był jeden z tych pięknych momentów.
    Pani Starniak popatrzyła na mnie wzrokiem godnym byka rozwścieczonego czerwoną płachtą. Podważyłam jej autorytet, dlatego teraz mogłam spodziewać się wszystkiego.
    Ku mojemu zdziwieniu kobieta powiedziała tylko "kontynuuj" i zaczęła rysować szlaczki w swoim notatniku.
    -Po jamie ustnej przeżute jedzenie trafia do przełyku, a z niego do żołądka - mówiłam, wyobrażając sobie swoje wnętrze. - Z żołądka wędruje do jelita cienkiego, a na końcu do jelita grubego.
    -Zapomniałaś o dwunastnicy - powiedziała, nie odrywając wzroku od zarysowanej kartki.
    -O czym? - zapytałam bez zastanowienia, czego od razu pożałowałam. - A tak, między jelitami jest jeszcze dwunastnica.
    Za sobą usłyszałam ciche śmiechy kolegów z klasy, a pani Starniak podniosła na mnie wzrok, który mógł mówić wszystko, następnie przeniosła go na mój zeszyt, wpisała ocenę i go oddała.
    -To na zachętę - powiedziała z fałszywym uśmiechem. - Aha, i po lekcji powiadamiam rodziców. Siadaj.
    Wróciłam do ławki. Wizja rozmowy telefonicznej trochę mnie przeraziła, bo nie zwierzałam się mamie ze swoich ocen. Z wielką ciekawością otwarłam zeszyt. Pod zapisanym tematem lekcji widniała wielka jedynka z plusem i dopiskiem: "Naucz się, albo nie zdasz." Pokazałam jej środkowy palec pod ławką, co zauważyło kilka osób, które przytaknęły z cichym śmiechem.
    Przez cały dzień zastanawiałam się, jak mama zareaguje na złe wiadomości. W całym swoim życiu tylko raz dostałam szlaban, kiedy w pierwszej klasie gimnazjum, zamiast odrabiać prace domowe i uczyć się, godzinami przesiadywałam przed komputerem i czatowałam z koleżankami. Spałam po kilka godzin, tak mnie to wkręciło. W końcu niesamowicie rozbolała mnie głowa i kręgosłup, a oczy piekły. W dodatku zawaliłam test z matmy i dwie klasówki. Mama miała wystarczająco dużo powodów, by z satysfakcją powiedzieć: "A nie mówiłam?!". Zakazała mi używania komputera, dopóki nie poprawię ocen, a potem tylko godzina dziennie. Bonusem było codzienne sprzątanie po kolacji przez trzy tygodnie. Kara dość surowa, ale nabroiłam i mi się należało.
    Tym razem to była tylko jedna jedynka z odpowiedzi, więc chyba nie było aż tak źle.
    Ze szkoły wyszłam po siedmiu lekcjach, razem z Wiki i Kubą. Wiktoria miała jeszcze wstąpić do jakiejś starszej pani, którą się opiekuje w wolnym czasie, więc pożegnałyśmy się przy bramie. W tej samej chwili na parking wjechał czarny opel, którego doskonale znałam. To była mama.
    -Myślałam, że skończy się na telefonie - powiedziałam do Kuby z zaskoczeniem w głosie.
    -Współczuję. Starniaczka pewnie urządzi ci piekło - odpowiedział.
    Podeszłam do mamy, która właśnie wysiadała z samochodu.
    -Czeeeść - przywitałam się podejrzliwym głosem. - Co ty tu robisz?
    Mama spojrzała na mnie wzrokiem, którym mogła zabić.
    -Nie udawaj, że nie wiesz.
    -Co ta mał... nauczycielka ci powiedziała? Mamo, ona mnie nie lubi, to dlatego - wyjaśniłam, mając nadzieję, że zrozumie.
    -Oceny ci spadły! Jak tak dalej pójdzie, to nie zaliczysz semestru! Ale o tym pogadamy sobie później. Jestem spóźniona. W dodatku musiałam zwolnić się z pracy.
    -Idę odprowadzić Kubę, więc wrócę trochę później - odpowiedziałam, wskazując na stojącego dziesięć metrów za mną chłopaka.
    -Ale nie za późno. Te randki zaczynają ci szkodzić... - przestrzegła.
    -Dobrze, dobrze. Kocham cię.
    -Ehe, ja ciebie też. Idź już.
    Podeszłam do Kuby. Odwrócił się akurat, kiedy stałam dokładnie za nim.
    -Mam przerąbane - powiedziałam do niego.
    -Będzie dobrze - pocieszył mnie. - Twoja mama jest rozsądna, więc na pewno dogada się z tą wiedźmą.
    -Oby. Ale już nie chcę o tym myśleć. Na razie cieszę się wolnością. No dobraaa - zastanawiałam się, co powiedzieć. - Wiesz, wczoraj zachowałam się strasznie głupio. Za szybko podjęłam decyzję. Całą noc o tym myślałam i zrozumiałam, że bez ciebie nic nie będzie takie samo. Przyzwyczaiłam się do myślenia o tobie co dwie minuty. Boże, ale to głupio brzmi - podsumowałam.
    -Wcale nie - uśmiechnął się. - Nie wiedziałem, że z ciebie jest taka romantyczka.
    -Wcześniej taka nie byłam. To ty tak na mnie działasz - odparłam z przekąsem.
    -To co? Między nami jest ok? - spytał po chwili.
    -Chyba tak. Pierwszy kryzys mamy za sobą. Oby ostatni.
    Przyspieszyłam kroku, zatrzymałam się i odwróciłam w stronę Kuby, żeby go przytulić. Znów czułam się bezpiecznie. Miałam wrażenie, że ostatni raz przytulałam go wieki temu.
    -Kocham cię - wyznałam w przypływie nagłych emocji. - I nigdy nie przestanę.
    -Ja ciebie też.
    Odprowadziłam Kubę pod sam dom. Rozmawialiśmy tak, jakby nic się nie stało. Nie wracaliśmy do poprzedniego dnia. Temat uznaliśmy za zamknięty. Cieszyłam się, że wszystko się ułożyło i miałam nadzieję, że nic i nikt nie zakłóci tego spokoju. Od września tyle się działo i dobrze by było, gdyby moje życie wreszcie się ustabilizowało.
    Stanęliśmy przed bramą wejściową. Kuba miał trening o szesnastej, ale chciał jeszcze zjeść obiad i odpocząć.
    -Wiedziałaś, że Wiki już nie jest z Kamilem? - spytał.
    -Jak to? Od kiedy? - zdziwiłam się.
    -Jakiś tydzień temu. Podobno widziała go z innym. Smutne. Lubiła go, a po tym, jak Maciek wyjechał był jej pierwszym chłopakiem.
    -To dlatego była taka dziwna, kiedy jej o nas opowiadałam. Teraz wszystko rozumiem. Strasznie mi głupio. Będę musiała z nią pogadać - głośno myślałam.
    -Umówcie się na wspólne nocowanie. Podobno w nocy lepiej wyrzuca się z siebie te wszystkie babskie smutki i żale - poradził.
    -Chyba masz rację. Jutro jest piątek, nie ma nauki, więc mogę ją zaprosić do siebie.
    Wtedy usłyszałam dzwonek telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz.
    -To mama. Już po mnie. Miłego treningu - podeszłam do Kuby i pocałowałam go w policzek, jednocześnie odbierając telefon. - Słucham?
    Pomachałam Kubie na pożegnanie i odwróciłam się.
    -To dobrze, że słuchasz - usłyszałam w słuchawce. - Właśnie wracam ze szkoły, gdzie jesteś?
    -Niedaleko domu Kuby, dopiero się z nim pożegnałam - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
    -Świetnie. Tą część mamy z głowy. Od dzisiaj masz zakaz wychodzenia na randki i to wszystko, co ci tak namieszało w głowie. Zaczynasz się uczyć! - powiedziała surowo.
    -Ale mamo... Dopiero co się pogodziliśmy - tłumaczyłam się. - Nie możesz...
    -Właśnie, że mogę. Edyta, miałaś takie dobre oceny w pierwszej klasie, a teraz? Dwie jedynki z biologii, nauczycielka mówiła, że nie uważasz na lekcjach, rozmawiasz, śpisz i masz wszystko głęboko gdzieś. Wiesz jak mi było wstyd? - w jej głosie czułam zażenowanie, które wprawiło mnie w poczucie winy.
    -Mamo, przepraszam - próbowałam ratować sytuację.
    -I wiesz, co jeszcze powiedziała? - zignorowała mnie. - Że to wszystko przez Kubę. Jeszcze we wrześniu nie było tak źle, a potem stoczyłaś się na samo dno.
    -Mamo, ja się zacznę uczyć i poprawię wszystkie złe oceny, ale pozwól mi spotykać się z Kubą - błagałam.
    -Nie ma mowy - zaprzeczyła. - Poza szkołą jesteś w domu. To jest moja ostateczna decyzja.
    -Ale mogę zaprosić Wiki na jutrzejszą noc? - spytałam najsłodszym głosem, na jaki było mnie stać.
    -No chyba sobie żartujesz?! - oburzyła się. - Żadnych spotkań. Wolne masz tylko w niedzielę, ale już postanowiłam, że będziesz odwiedzać swoich kuzynów od cioci Anieli albo siedzieć w domu. Aha, do tego maksymalnie godzina telewizji i komputera. Aż do odwołania. Może to cię czegoś nauczy.
    -Mamo, proszę...
    -Powiedziałam coś! Zostajesz w domu i...
    Mama nie dokończyła zdania. Zamiast tego usłyszałam huk i odgłos tłuczonej szyby.
    -Mamo? - zawołałam do słuchawki. - Mamo, co się stało? Mamo?

”Konsekwencje są i zawsze będą konsekwencją niekonsekwentnych czynów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz