Cześć! Wracam! Po dłuugiej przerwie, wreszcie jestem :) Zaczynam pisać, chcę napisać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Przed chwilą ogarnęłam wszystkie wpisy, teraz wyglądają ładniej i są jednolite, poprawiłam błędy i, co najważniejsze, zmieniłam akcję mającą miejsce w gimnazjum na liceum. Uznałam, iż wtedy uczucia bohaterów w późnych latach "naście" będą bardziej realistyczne, przecież 15-latka nie może kogoś tak bardzo kochać, jak Edyta kocha Kubę (choć jeszcze o tym do końca nie wie). Ale o tym w dalszej przyszłości. W przyszłym tygodniu w czwartek jadę na wymianę do Francji, ale postaram się w drodze (24h w jedną stronę!!) coś napisać i tam, na miejscu, jeśli znajdę czas, bo kalendarz mamy dość napięty. Postaram się to potem nadrobić. Po powrocie czeka mnie bierzmowanie, poprawianie ocen, logowanie i składanie papierów do szkół, komers, zakończenie i oczekiwanie na decyzje szkół. To już będą takie luźniejsze 2 miesiące, poza poprawianiem ocen, tak więc będzie więcej rozdziałów. Nie ględzę więcej, jeśli ktoś jeszcze pamięta o blogu, miłego czytania - rozdział X.
Alicja.
Rozdział
dziesiąty
-Dzie
stm…? – powiedziałam ochrypłym, nieswoim głosem. Przed sobą
miałam czarną przestrzeń. Potwornie bolała mnie głowa. Powieki
były ciężkie, niczym obciążone wielkimi głazami. Próbowałam
otworzyć oczy. Nic z tego. Nie wiedziałam, co się dzieje. Starałam
się odtworzyć w pamięci jakieś wydarzenia, ale jedyne, co udało
mi się przypomnieć, to własne imię.
Chwilę
później powoli odchyliłam powieki. Ujrzałam małą część
świata. Szpitalnego świata. Powiodłam wzrokiem w możliwie
najdalsze punkty. Z mojej prawej strony dostrzegłam jakiegoś faceta
w białym fartuchu, wysokiego, w średnim wieku. Z drugiej zobaczyłam
kobietę. Uśmiechała się przez łzy, była około
czterdziestoletnią osobą. Łudząco przypominała mi kogoś bardzo
bliskiego. Mój umysł zaczynał składać pewne elementy ze sobą.
Nagle mnie olśniło. Wszystko pamiętam! A ta kobieta... To przecież
mama! Od kiedy ja mogę widzieć duchy?!
-Co
się dzieje? - wypowiedziałam swoje myśli. - Gdzie ja jestem?
-Spokojnie
– powiedział mężczyzna w białym fartuchu, który, jak
przypuszczałam, był lekarzem. - Jesteś w szpitalu. Miałaś
wypadek.
-Mogłam
zawiązać to głupie sznurowadło – szepnęłam do siebie.
Spróbowałam
się podnieść. Nic z tego. Ból głowy narastał z każdym, nawet
najmniejszym ruchem, dlatego wolałam pozostać w pozycji leżącej.
-Mamo
– powiedziałam cicho – dlaczego ja cię mogę widzieć? Dlaczego
nie jesteś z tatą?
-Tata
musiał iść do pracy, bo nie dostał dziś wolnego –
odpowiedziała z uśmiechem – ale na pewno do ciebie zajrzy jeszcze
dzisiaj.
-Mhh
– nie wiedziałam, co powiedzieć. Kilka sekund później znów
mnie olśniło. - To... to w niebie też się pracuje? - wypaliłam
bez sensu i pożałowałam tych słów. Przecież lekarz nie mógł
jej widzieć i na pewno wziął mnie za jakąś rozhisteryzowaną
wariatkę, która wymyśla głupie historie o niebie.
Mama
spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, po czym widząc moją pytającą
minę, powiedziała tylko:
-Porozmawiamy
później, a teraz się prześpij. Ja będę siedziała obok ciebie.
Lekarz
wyszedł bez słowa, a mama usiadła na składanym „fotelu”,
jeśli tak można nazwać kilka złączonych ze sobą drutów
pokrytych cienkim, wzorzystym materiałem. Patrzyła na mnie, jakby
była zaczarowana, a ja nie wiedziałam, dlaczego. Zamknęłam na
chwilę oczy. Dopiero teraz ukazały mi się całkiem wyraźne
obrazki z przeszłości. Wszystkie wydarzenia od popołudnia
pierwszego dnia października, kiedy wróciłam do domu, aż do
oszałamiająco ostrego światła reflektorów na ulicy, przewinęły
się w mojej wyobraźni jak krótki, pięciosekundowy film. Na chwilę
powróciły te same uczucia, emocje. To wszystko, otulone płaszczem
smutku, załamania i wielu łez, miało miejsce nie tak dawno, jakby
wczoraj.
Szybko
otworzyłam oczy. Nie chciałam przeżywać tego od nowa. Nie byłam
pewna, czy ta sytuacja nie jest dziwnym snem, z którego za chwilę
się obudzę. Nie mogłam być niczego pewna, jednak ten silny ból
głowy uświadomił mnie, że nie śnię.
-Mamo
– powtórzyłam pytanie – dlaczego mogę cię widzieć?
-Jak
to dlaczego? - spytała wyraźnie zdziwiona. - Nie rozumiem cię.
-To
ja nie rozumiem, jak mogę widzieć duchy i z nimi rozmawiać! -
wyrzuciłam z siebie.
-Jakimi
duchami? - jej ton był poważny, co świadczyło o tym, że nie
żartowała. - O jakich duchach ty mówisz? Czy jest tutaj ktoś
prócz mnie?
-Ty
jesteś! Przecież ty... ty... no wiesz... nie żyjesz... i tata też.
Jak to możliwe? Wytłumacz mi to – błagałam ze łzami w oczach.
Musiałam
mieć naprawdę przerażającą minę, bo na chwilę wpatrzyła się
we mnie uważnie. Nie wiedziałam, co zrobić, co powiedzieć...
Byłam równie zdumiona jak mama. Dopiero wtedy zauważyłam, jak
bardzo jest roztrzęsiona. Poczułam się słabo, nie miałam
pojęcia, co się dzieje. W głowie tłoczyło się mnóstwo myśli,
tysiące pytań bez odpowiedzi, a wśród nich jedno najważniejsze –
czy mama, to znaczy... jej duch rzeczywiście o niczym nie wie? A
może udaje, bo tak musi? Przecież ona nigdy mnie nie okłamywała!
Zawsze mówiła prawdę. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Nic z
tego nie rozumiałam.
Nagle
poczułam w stopie okropny ból. Skurcz. Skurcze zdarzały mi się
dość rzadko, a zaczęły się pojawiać po tym, jak w dzieciństwie
miałam zapalenie jednej z kości stopy. Spędziłam wtedy w szpitalu
prawie miesiąc. Najdłuższy miesiąc mojego życia. Każdy by tak
stwierdził, w końcu wakacje nie są od leżenia w szpitalnym łóżku.
Zarówno lekarz, jak i mama uznali, że nie ma się czego obawiać,
ponieważ to tylko niedobór magnezu. Ja wiedziałam swoje, tym
bardziej, że nigdy wcześniej nie musiałam przeżywać tego bólu.
Zwykle
skurcze przechodziły po około piętnastu do dwudziestu sekund,
potem przez chwilę nie mogłam ruszać nogą, bo wróciłoby
ponownie, i po wszystkim. Jednak tym razem ból nasilił się do
granicy mojej wytrzymałości.
-Mamoo...
Zrób coś – błagałam, jedną ręką trzymając stopę, a drugą
ściskając metalowe oparcie łóżka.
-Już
wołam lekarza. Wszystko będzie dobrze – powiedziała zdenerwowana
i z prędkością światła wybiegła na korytarz.
-Zaraz!
Przecież ty nie możesz... - krzyknęłam za nią, ale nie mogła
tego usłyszeć.
Pięć
sekund później wróciła, a za nią wszedł lekarz. Od razu
podszedł do mnie i spojrzał na stopę, którą cały czas
trzymałam, pomimo tego, że ból minął akurat w chwili, kiedy
oboje wbiegli do sali.
-Już
jest dobrze – powiedziałam. - Skurcz trwał dłużej i bardziej
bolało, ale jakoś to przeżyłam.
-Hmm
– zamyślił się. – Od jak dawna pojawiają się u ciebie te
skurcze?
-Od
czasu, kiedy miałam zapalenie kości stopy – odpowiedziałam
zgodnie z prawdą. - Powtarza się to około raz w miesiącu.
-Chyba
będziemy musieli cię przebadać – stwierdził. - To raczej nie
jest normalne. Ale to już nie dzisiaj. Boli cię?
-Już
nie.
Zapisał
coś na karcie, po czym wyszedł. Wreszcie ktoś zainteresował się
moim problemem. Nie miałam za złe tamtemu lekarzowi, że czegoś
się nie dopatrzył i zalecił kupić witaminy i spożywać produkty
bogate w magnez, ani mamie, że posłusznie poszła do apteki i
nabyła tabletki. Nikt nie mógł przewidzieć, że to będzie coś
poważniejszego. Zresztą dopóki jeszcze niczego nie potwierdzono,
nie było się czym martwić.
-Ale
mnie przestraszyłaś – powiedziała dotąd milcząca mama.
-Przepraszam,
to chyba nie moja wina – powiedziałam trochę sarkastycznie. - A
teraz wytłumacz mi w końcu, dlaczego mogę cię widzieć, mimo że
już nie żyjesz i jak to możliwe, że wezwałaś tego lekarza?
Zmarszczyła
brwi. Wyraźnie było widać, że niewiele z tego rozumie.
-To
ty mi wytłumacz tą sytuację. Nie mam pojęcia, dlaczego masz mnie
za ducha! - wyrzuciła z siebie te słowa bardzo szybko.
-Jak
to dlaczego?! - zdenerwowałam się. - Przecież mieliście wypadek,
w dniu moich urodzin!
Wstała
i podeszła do łóżka. Podniosła rękę, która była bardzo
roztrzęsiona, i położyła mi ją na czole. Poczułam jej ciepło,
troskę. Miłość. Poczułam rękę. Zwykle w filmach o duchach
zjawy nie mogły dotykać ludzi i przedmiotów, po prostu przez nie
przenikały. A ja czułam jej drżącą dłoń. Miałam coraz więcej
wątpliwości.
-Jesteś
rozpalona – powiedziała. - Masz gorączkę. Lepiej się prześpij.
Czy
mama miała mnie za wariatkę? Czy to były jakieś żarty? To
wszystko zaczynało mnie przerastać.
-Nie!
Nic mi nie jest! - prawie krzyczałam. Odruchowo spojrzałam w drugą
stronę.
Dopiero teraz zauważyłam, że nie jestem jedyną pacjentką
w tej sali. Na łóżku pod oknem leżał, na moje oko piętnastoletni
chłopak, który otulony kołdrą, był prawie niewidoczny. Zrobiło
mi się głupio, przecież mogłam go obudzić. Ściszyłam głos.
-Wszystko doskonale pamiętam. Mieliście wypadek, zginęliście,
potem Natalia zniknęła. Parę dni później byłyśmy w pogotowiu
opiekuńczym, a w piątek zadzwoniła babcia i... właśnie, jaki
dzisiaj mamy dzień?
-Sobota,
drugi października.
-No
tak. I powiedziała, że w niedzielę wracamy do domu, bo załatwiła
wszystkie formalności, czy coś tam. Poszłyśmy do biblioteki po
drugiej stronie ulicy, żeby napisać maila. Kiedy wracałyśmy,
rozwiązała mi się sznurówka i się przewróciłam. Potwornie
bolało mnie kolano, nie mogłam wstać. Natalia ruszyła w moją
stronę, ale samochód był szybszy. Chyba wiesz, co mam na myśli...
- skończyłam swoją opowieść.
-Skarbie
– powiedziała czule mama. - Nic takiego się nie stało. No, poza
wypadkiem. Rzeczywiście, kiedy trafiłaś do szpitala, miałaś
rozwiązane sznurowadło, a poza tym złamaną nogę, wiele potłuczeń
i na kilka godzin przysporzyłaś nam strachu.
-Czyli
twierdzisz, że to wszystko to był tylko sen? Wytwór mojej
wyobraźni? I tyle?! - nie mogłam w to uwierzyć.
-Wygląda
na to, że tak. Wszystko w porządku. No, może poza tym, że
będziesz leżała w łóżku przez najbliższy tydzień, a może
nawet dwa. Ale koniecznie musisz podziękować Wiktorii i przede
wszystkim temu chłopakowi, który cię uratował. Całe szczęście,
że nic mu się nie stało, kiedy odpychał cię na bok. Ale... - nie
skończyła. Chyba chciała mi coś zasugerować, bo zawsze tak było,
kiedy kąciki jej ust lekko się wykrzywiały ku górze, a oczy się
śmiały.
-Co?!
Kuba mnie uratował? Gdzie on jest? Coś mu się stało? - zarzuciłam
ją serią pytań.
-Na
które mam odpowiedzieć najpierw? - spytała.
-Na
dwa ostatnie – powiedziałam szybko. Zmartwiłam się, że coś
mogłoby mu się stać przeze mnie. - Mów szybko.
-No
jasne. Już mówię. Wiktoria wezwała karetkę. Przyjechała po
pięciu minutach. Ponieważ nie było nikogo z rodziny, ratownicy
pozwolili jej i temu chłopakowi jechać razem z nimi. Siedzieli
tutaj ponad trzy godziny, w końcu zaczęło się robić ciemno, więc
zamówiłam dla nich taksówkę i powiedziałam, że zadzwonię, jak
tylko się obudzisz. Jeszcze tego nie zrobiłam, bo nie mam ich
numerów, ale może sama ich powiadomisz? Na pewno się ucieszą –
powiedziała.
-Może
i tak, ale nie wiem, gdzie jest mój telefon – odpowiedziałam i
spojrzałam na nią pytająca z małą iskierką nadziei, że coś
wie.
-Ja
też nie wiem. Ale poczekaj chwilę. Zaraz wrócę – odparła i
wyszła.
Wróciła
trzy minuty później. Patrzyła na mnie z tajemniczym uśmiechem.
Ręce schowała z tyłu.
-Co
tam chowasz? – spytałam.
-Prezent.
Nie w takich okolicznościach miałaś go dostać, no ale… -
rzekła.
Patrzyłam
na mamę i nic nie mówiłam. Byłam zaskoczona. Nie spodziewałam
się dodatkowego prezentu urodzinowego, a tu taka niespodzianka.
-Proszę
bardzo. Jeszcze raz: wszystkiego najlepszego i żebyś nigdy więcej
nas tak nie straszyła – po czym podała mi kolorową paczkę.
-Mam
otworzyć teraz, czy w bardziej bezpiecznym miejscu? – spytałam
ironicznie.
-Jak
wolisz. Choć lepiej teraz. Przyda ci się – powiedziała. Jej
tajemniczość zaczynała mnie przerażać.
Zaczęłam
rozdzierać kolorowy papier. Prezent był owinięty dokoła trzy
razy. W końcu udało mi się go rozpakować. Nie mogłam uwierzyć
własnym oczom.
-Nowy
telefon?!
-No
tak. Tamten był już stary i chyba nikt już takich nie używa. A
ponieważ i tak pewnie leży gdzieś w trawie, to dostajesz nowy –
podsumowała. – A Wiktoria pomogła mi go skonfigurować, wpisać
kontakty i zrobić to wszystko, o czym ja nie mam zielonego pojęcia.
-Dziękuję
wam! Ale ja was kocham! Najbardziej na świecie! – mówiłam,
podnosząc się do pozycji siedzącej, aby przytulić mamę.
Wysłałam
ją do domu, bo przecież obiad sam się nie ugotuje, a ja w tym
czasie postanowiłam się przespać. Tak naprawdę to nie chciało mi się spać,
ale nie bardzo podobało mi się, aby była przy mojej rozmowie z
Wiktorią, bo wiedziałam, w jakim kierunku się potoczy. Mama chyba
się domyślała, co jest grane, ale na wszelki wypadek najlepiej
było, gdy nie słyszała, o czym plotkujemy.
Zajrzałam
do listy kontaktów. Wpisałam literę „W” i od razu wyświetliły
mi się numery z tą literą w nazwie. Wiki była na trzeciej
pozycji. Wybrałam jej numer. Przez pięć sygnałów nie odbierała.
Mogłam się tego spodziewać, zawsze gdzieś gubiła telefon i
dziwiła mi się, że nigdy nie zapominam włożyć go do kieszeni. A
prawda była taka, że za każdym razem, kiedy nie czułam telefonu w
lewej kieszeni spodni, gorączkowo szukałam go wszędzie, aż w
końcu okazywało się, że włożyłam go do kurtki. Ta panika
wracała dosłownie zawsze.
-Alo?
– usłyszałam trochę zaspany głos.
-Cześć
Wiki. Poznajesz mnie, czy już zdążyłaś zapomnieć jak brzmię?
-Edzia?
No nareszcie! Tak się martwiłam! Jak się czujesz? Kiedy mogę cię
odwiedzić? Gadałaś z Kubą? Jest ktoś u ciebie? – zasypała
mnie gradem pytań.
-Możesz
przyjść nawet teraz. Jestem sama… no, prawie sama, a na resztę
odpowiem jak się spotkamy, bo teraz muszę coś zrobić. Tak więc
przepraszam cię najserdeczniej, ale będę kończyć. Chciałam
tylko, żebyś wiedziała, że wróciłam do żywych –
powiedziałam.
-Noo,
narobiłaś nam niezłego strachu. W takim razie rób, co masz robić,
a ja zjawię się za godzinę.
-Pa –
rozłączyłam się i zrozumiałam, że przecież nie mam numeru do
Kuby.
Zaczęłam
przeglądać listę kontaktów. Przewijałam ją obojętnie. Nagle
coś mnie tknęło. Wróciłam o kilka osób wyżej do nazwy, która
przykuła moją uwagę. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. „Kuba
791…”. Od razu wiedziałam, że to sprawka Wiktorii. Jednocześnie
przypomniałam sobie o moim „śnie”. Tam też przypadkowo
odnalazłam w telefonie numer Kuby. Uznałam to za przypadek, zresztą
mogłam się tego spodziewać po mojej przyjaciółce, która bardzo
często wlepiała nos w nieswoje sprawy.
Przez
chwilę się zawahałam. Niesamowicie bałam się z nim rozmawiać.
Mimo wszystko nadal byłam tą samą Edytą, która w głębi serca
darzyła go cichym uczuciem wiedząc, że on i tak nie zwraca na nią
uwagi. Nie mogłam być pewna, że ten „mały” incydent przed
szkołą coś dla niego znaczył, czy może był tylko jakimś
żartem. Mimo wszystko Kuba uratował mi życie i ten jeden telefon z
pewnością mu się należał. Zmotywowana wybrałam numer.
-Nareszcie!
– powiedział, kiedy usłyszał mój głos, a ja się uśmiechnęłam,
bo Wiktoria zareagowała tak samo. – Nawet nie wiesz, jak bardzo
się martwiłem.
-To
miłe z twojej strony. Czy… to prawda, że to ty mnie uratowałeś?
– spytałam, cała roztrzęsiona.
-Nie,
coś ty. Ja tylko powstrzymałem samochód, bo chyba miałaś z nim
jakieś porachunki – zażartował.
-Jasne
– roześmiałam się. – Ale tak na poważnie… Nie wiem, jak ci
dziękować. W końcu to dzięki tobie żyję.
-Nie
przesadzaj, to nic takiego – odpowiedział skromnie.
Na
chwilę zapanowała cisza. Miałam mu tyle do powiedzenia, ale nie
wiedziałam, od czego zacząć. Nagle w tej samej sekundzie oboje
chcieliśmy coś powiedzieć. Znowu się śmialiśmy.
-Mów
pierwsza – ustąpił.
-No
dobrze. Więc chciałam cię zapytać, czy nie mógłbyś dzisiaj
przyjść? Chyba, że będziesz zajęty… - powiedziałam niepewnie.
-Pewnie,
że przyjdę. Tylko kiedy będę mógł wpaść, żeby… no… żeby
ci nie przeszkadzać?
-Za
godzinę ma przyjść Wiki, może razem z nią? – zaproponowałam.
-Hmm…
- zastanowił się. – Może być. To do zobaczenia już niedługo.
Rozłączyłam
się i położyłam. Powoli zaczynał doskwierać mi ból głowy.
Zaczęłam myśleć. O tym niesamowicie długim śnie, o rodzicach. O
Kubie. Każde jego wspomnienie wywoływało we mnie uśmiech. Nigdy
dotąd nie było osoby, która budziłaby we mnie tak sprzeczne
emocje. Czy to mogło coś znaczyć?
Nawet
nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. Zmęczenie wzięło górę. Nie
wiem, jak długo spałam, ale w pewnej chwili usłyszałam jakieś
szepty. Otworzyłam oczy i pół sekundy później zamknęłam. Mój
mózg jeszcze nie pracował na pełnych obrotach, a świadomość i
refleks były godne pożałowania. Coś mi nie pasowało. Jeszcze raz
otworzyłam oczy. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że „za godzinę”
właśnie minęło. Kuba i Wiktoria akurat wychodzili.
-A wy
gdzie się wybieracie? – spytałam, a widząc, że aż podskoczyli,
powiedziałam: Sorki.
-Nie
chcieliśmy Cię budzić – odpowiedział niepewnie Kuba.
-Wchodźcie
– zaprosiłam. – Mam tu pewnego lokatora, którego jeszcze nie…
Chwila, gdzie on jest? – spytałam, kiedy dostrzegłam puste łóżko
pod oknem.
-Spokojnie,
pewnie na jakichś badaniach kontrolnych albo coś – zaśmiała się
Wiki, widząc moją przerażoną minę.
-No
tak – uspokoiłam się. – Nie znam go, nawet nie widziałam jego
twarzy, a się o niego martwię. Jestem dziwna.
Instynktownie
spojrzałam na Kubę. Przez chwilę był jakby nieobecny, ale już
niedługo potem „powrócił”. Rozmawialiśmy przez długi czas.
Uśmiechając się, co chwilę ukradkiem patrzyłam na Kubę, który
robił dokładnie to samo. Wiktoria w końcu to zauważyła i
przerywając swoją opowieść o Kamilu, powiedziała:
-Pójdę
do toalety. A wy… No wiecie, co macie zrobić.
Wstała
i za plecami Kuby narysowała w powietrzu wielkie serce. Chyba za
dużo sobie wyobrażała. Znowu. Ja sama nie wiedziałam, co i jak
się ułoży, a co dopiero ona.
-Ehh,
ta nasza Wiktoria… - westchnęłam, kiedy wyszła.
-No
tak. Jak zwykle o wszystkim myśli pierwsza – potwierdził i nagle
trochę spoważniał. – Pogadamy?
Zdziwiłam
się. Nie musiałam być jakoś bardzo inteligentna, żeby zauważyć,
że rozmawiamy cały czas od chwili, kiedy tu weszli razem z
Wiktorią. Fakt, była to zwykła pogawędka, w której główną
rolę odegrała właśnie ona, ale rozmowa to rozmowa. To nie było
do mnie podobne, ale trochę się zirytowałam. Czyżbym stała się
innym człowiekiem?
-Jasne
– powiedziałam, nie wspominając mu o moich myślach. Mimo
wszystko nie chciałam go niczym urazić. Przecież uratował mi
życie. On jednak, jakby czytając moje niewypowiedziane słowa z
moich oczu, zapytał, czy jestem na niego o coś zła.
-Nie,
nie jestem zła – odpowiedziałam. – To chyba hormony i dlatego
nie mogę się na niczym skupić, bo albo jestem smutna i zamyślona,
albo… Nieważne. Mów, bo chyba ci na tym zależy.
-Może
uznasz mnie za totalnego idiotę i nie zdziwię się, bo sam tak
myślę o sobie, no ale trudno. Ja… nie spałem całą noc.
Martwiłem się i do tej pory martwię, ale tu nie o to chodzi –
mówił.
-Poczekaj
– przerwałam mu. – Możesz bardziej do rzeczy? Bo coraz mniej
rozumiem.
-Przepraszam
cię, ale się denerwuję. Zwykle to było o wiele prostsze, ale ty…
no ty jesteś inna!
-Inna?
Z kim ty mnie porównujesz? Chyba zgubiłam wątek – stwierdziłam.
„A
ta rozmowa powoli traci sens”, pomyślałam i mało brakowało, a
powiedziałabym to na głos.
-Nieważne.
Chodzi o to, że ty mi zawróciłaś w głowie! Każde twoje słowo,
twój uśmiech i ta niepowtarzalna skromność… Masz dużo
kompleksów i potrafisz być czasem zbyt złośliwa, ale mimo to
szalenie cię kocham! – mówił zdenerwowany. Nie zdawałam sobie
sprawy z tego, jak trudne jest to dla Kuby.
-Ale…
- zaczęłam swój sprzeciw, gdy, na moje szczęście, do sali weszła
pielęgniarka pchająca wózek z tym piętnastoletnim brunetem, z
którym do tej pory nie miałam okazji zamienić nawet jednego słowa.
Spojrzałam
na Kubę. Zrezygnowany opuścił wzrok. Nie wiedziałam, co czuje,
miałam dylemat co do tego, co powinnam zrobić. Pielęgniarka
wyszła, a nieznajomy chłopak, jak gdyby nigdy nic, zapytał:
-Przeszkadzam?
-No
coś ty – wyprzedził mnie Kuba i burknął do siebie: - Ani
trochę.
-Ej!
– powiedziałam, kiedy wyczułam złośliwość w jego głosie. –
Bądź miły.
-Przepraszam…
Pójdę już. Trzymaj się – jego głos był chłodny, a wzrok
nieobecny.
Wstał i wyszedł, tak po prostu. Serce biło mi dwa razy mocniej i szybciej niż dotąd. Miałam mieszane myśli. Kuba powiedział mi, że mnie kocha! Czy nie tego oczekiwałam? Czy nie to było moim największym marzeniem w ostatnim czasie? Przecież ja też coś do niego czułam. Czy nie powinnam być szczęśliwa? Gdyby nie to, że byłam uziemiona przez gips na nodze, ruszyłabym za nim i coś zrobiła, powiedziała…
Wstał i wyszedł, tak po prostu. Serce biło mi dwa razy mocniej i szybciej niż dotąd. Miałam mieszane myśli. Kuba powiedział mi, że mnie kocha! Czy nie tego oczekiwałam? Czy nie to było moim największym marzeniem w ostatnim czasie? Przecież ja też coś do niego czułam. Czy nie powinnam być szczęśliwa? Gdyby nie to, że byłam uziemiona przez gips na nodze, ruszyłabym za nim i coś zrobiła, powiedziała…
Z
myśli wyciągnął mnie mój „towarzysz”.
-Sory,
chyba wróciłem w trochę nieodpowiednim momencie – powiedział.
-Nie
przejmuj się. To nie twoja wina – pocieszyłam go i wtedy
poczułam, że do oczu napływają mi łzy. Z wielkim trudem starałam
się je powstrzymać.
-Jestem
Artur – przedstawił się. – A ty?
-Edyta,
miło mi – odpowiedziałam obojętnie, choć jak zawsze starałam
się zwracać z uśmiechem. Fałszywym uśmiechem.
Nagle
drzwi się otworzyły. Do środka weszła zmęczona Wiktoria.
Widocznie biegła. W ręce trzymała dwa batoniki.
-Co
się stało? – spytała szybko. – Wyszłam z oddziału, żeby
kupić coś w automacie, a tu nagle wychodzi Kuba. Był taki…
smutny. Co jest?
-Nie
wiem. Powiedział mi, że mnie kocha, a kiedy chciałam coś
powiedzieć, to pożegnał się i wyszedł – powiedziałam, a po
policzku spłynęła mi łza.
-On
wyszedł, kiedy ja się pojawiłem – usłyszałam za sobą poznany
już głos Artura. Wiki spojrzała na niego badawczym wzrokiem.
Odgadłam, że zastanawiała się, czy on o czymś wie.
Podeszła
do łóżka, usiadła obok i przytuliła mnie bardzo mocno. Byłam
pełna wątpliwości, w końcu naprawdę udało mi się osiągnąć
to, czego chciałam. Jednak mój nastrój raczej tego nie
odzwierciedlał. Byłam tym wszystkim okropnie zmęczona. W tamtej
chwili miałam Kubie za złe, że mnie uratował…
” Życie lubi nas zaskakiwać i nawet najmniejsze lub najbardziej zasłużone szczęście bywa często złudne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz