wtorek, 1 maja 2012

Rozdział X

Cześć! Wracam! Po dłuugiej przerwie, wreszcie jestem :) Zaczynam pisać, chcę napisać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Przed chwilą ogarnęłam wszystkie wpisy, teraz wyglądają ładniej i są jednolite, poprawiłam błędy i, co najważniejsze, zmieniłam akcję mającą miejsce w gimnazjum na liceum. Uznałam, iż wtedy uczucia bohaterów w późnych latach "naście" będą bardziej realistyczne, przecież 15-latka nie może kogoś tak bardzo kochać, jak Edyta kocha Kubę (choć jeszcze o tym do końca nie wie). Ale o tym w dalszej przyszłości. W przyszłym tygodniu w czwartek jadę na wymianę do Francji, ale postaram się w drodze (24h w jedną stronę!!) coś napisać i tam, na miejscu, jeśli znajdę czas, bo kalendarz mamy dość napięty. Postaram się to potem nadrobić. Po powrocie czeka mnie bierzmowanie, poprawianie ocen, logowanie i składanie papierów do szkół, komers, zakończenie i oczekiwanie na decyzje szkół. To już będą takie luźniejsze 2 miesiące, poza poprawianiem ocen, tak więc będzie więcej rozdziałów. Nie ględzę więcej, jeśli ktoś jeszcze pamięta o blogu, miłego czytania - rozdział X.
Alicja.

Rozdział dziesiąty
      -Dzie stm…? – powiedziałam ochrypłym, nieswoim głosem. Przed sobą miałam czarną przestrzeń. Potwornie bolała mnie głowa. Powieki były ciężkie, niczym obciążone wielkimi głazami. Próbowałam otworzyć oczy. Nic z tego. Nie wiedziałam, co się dzieje. Starałam się odtworzyć w pamięci jakieś wydarzenia, ale jedyne, co udało mi się przypomnieć, to własne imię.
      Chwilę później powoli odchyliłam powieki. Ujrzałam małą część świata. Szpitalnego świata. Powiodłam wzrokiem w możliwie najdalsze punkty. Z mojej prawej strony dostrzegłam jakiegoś faceta w białym fartuchu, wysokiego, w średnim wieku. Z drugiej zobaczyłam kobietę. Uśmiechała się przez łzy, była około czterdziestoletnią osobą. Łudząco przypominała mi kogoś bardzo bliskiego. Mój umysł zaczynał składać pewne elementy ze sobą. Nagle mnie olśniło. Wszystko pamiętam! A ta kobieta... To przecież mama! Od kiedy ja mogę widzieć duchy?!
      -Co się dzieje? - wypowiedziałam swoje myśli. - Gdzie ja jestem?
      -Spokojnie – powiedział mężczyzna w białym fartuchu, który, jak przypuszczałam, był lekarzem. - Jesteś w szpitalu. Miałaś wypadek.
      -Mogłam zawiązać to głupie sznurowadło – szepnęłam do siebie.
Spróbowałam się podnieść. Nic z tego. Ból głowy narastał z każdym, nawet najmniejszym ruchem, dlatego wolałam pozostać w pozycji leżącej.
      -Mamo – powiedziałam cicho – dlaczego ja cię mogę widzieć? Dlaczego nie jesteś z tatą?
      -Tata musiał iść do pracy, bo nie dostał dziś wolnego – odpowiedziała z uśmiechem – ale na pewno do ciebie zajrzy jeszcze dzisiaj.
      -Mhh – nie wiedziałam, co powiedzieć. Kilka sekund później znów mnie olśniło. - To... to w niebie też się pracuje? - wypaliłam bez sensu i pożałowałam tych słów. Przecież lekarz nie mógł jej widzieć i na pewno wziął mnie za jakąś rozhisteryzowaną wariatkę, która wymyśla głupie historie o niebie.
      Mama spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, po czym widząc moją pytającą minę, powiedziała tylko:
      -Porozmawiamy później, a teraz się prześpij. Ja będę siedziała obok ciebie.
      Lekarz wyszedł bez słowa, a mama usiadła na składanym „fotelu”, jeśli tak można nazwać kilka złączonych ze sobą drutów pokrytych cienkim, wzorzystym materiałem. Patrzyła na mnie, jakby była zaczarowana, a ja nie wiedziałam, dlaczego. Zamknęłam na chwilę oczy. Dopiero teraz ukazały mi się całkiem wyraźne obrazki z przeszłości. Wszystkie wydarzenia od popołudnia pierwszego dnia października, kiedy wróciłam do domu, aż do oszałamiająco ostrego światła reflektorów na ulicy, przewinęły się w mojej wyobraźni jak krótki, pięciosekundowy film. Na chwilę powróciły te same uczucia, emocje. To wszystko, otulone płaszczem smutku, załamania i wielu łez, miało miejsce nie tak dawno, jakby wczoraj.
      Szybko otworzyłam oczy. Nie chciałam przeżywać tego od nowa. Nie byłam pewna, czy ta sytuacja nie jest dziwnym snem, z którego za chwilę się obudzę. Nie mogłam być niczego pewna, jednak ten silny ból głowy uświadomił mnie, że nie śnię.
      -Mamo – powtórzyłam pytanie – dlaczego mogę cię widzieć?
      -Jak to dlaczego? - spytała wyraźnie zdziwiona. - Nie rozumiem cię.
      -To ja nie rozumiem, jak mogę widzieć duchy i z nimi rozmawiać! - wyrzuciłam z siebie.
      -Jakimi duchami? - jej ton był poważny, co świadczyło o tym, że nie żartowała. - O jakich duchach ty mówisz? Czy jest tutaj ktoś prócz mnie?
      -Ty jesteś! Przecież ty... ty... no wiesz... nie żyjesz... i tata też. Jak to możliwe? Wytłumacz mi to – błagałam ze łzami w oczach.
      Musiałam mieć naprawdę przerażającą minę, bo na chwilę wpatrzyła się we mnie uważnie. Nie wiedziałam, co zrobić, co powiedzieć... Byłam równie zdumiona jak mama. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo jest roztrzęsiona. Poczułam się słabo, nie miałam pojęcia, co się dzieje. W głowie tłoczyło się mnóstwo myśli, tysiące pytań bez odpowiedzi, a wśród nich jedno najważniejsze – czy mama, to znaczy... jej duch rzeczywiście o niczym nie wie? A może udaje, bo tak musi? Przecież ona nigdy mnie nie okłamywała! Zawsze mówiła prawdę. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Nic z tego nie rozumiałam.
      Nagle poczułam w stopie okropny ból. Skurcz. Skurcze zdarzały mi się dość rzadko, a zaczęły się pojawiać po tym, jak w dzieciństwie miałam zapalenie jednej z kości stopy. Spędziłam wtedy w szpitalu prawie miesiąc. Najdłuższy miesiąc mojego życia. Każdy by tak stwierdził, w końcu wakacje nie są od leżenia w szpitalnym łóżku. Zarówno lekarz, jak i mama uznali, że nie ma się czego obawiać, ponieważ to tylko niedobór magnezu. Ja wiedziałam swoje, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie musiałam przeżywać tego bólu.
      Zwykle skurcze przechodziły po około piętnastu do dwudziestu sekund, potem przez chwilę nie mogłam ruszać nogą, bo wróciłoby ponownie, i po wszystkim. Jednak tym razem ból nasilił się do granicy mojej wytrzymałości.
      -Mamoo... Zrób coś – błagałam, jedną ręką trzymając stopę, a drugą ściskając metalowe oparcie łóżka.
      -Już wołam lekarza. Wszystko będzie dobrze – powiedziała zdenerwowana i z prędkością światła wybiegła na korytarz.
      -Zaraz! Przecież ty nie możesz... - krzyknęłam za nią, ale nie mogła tego usłyszeć.
      Pięć sekund później wróciła, a za nią wszedł lekarz. Od razu podszedł do mnie i spojrzał na stopę, którą cały czas trzymałam, pomimo tego, że ból minął akurat w chwili, kiedy oboje wbiegli do sali.
      -Już jest dobrze – powiedziałam. - Skurcz trwał dłużej i bardziej bolało, ale jakoś to przeżyłam.
      -Hmm – zamyślił się. – Od jak dawna pojawiają się u ciebie te skurcze?
      -Od czasu, kiedy miałam zapalenie kości stopy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Powtarza się to około raz w miesiącu.
      -Chyba będziemy musieli cię przebadać – stwierdził. - To raczej nie jest normalne. Ale to już nie dzisiaj. Boli cię?
      -Już nie.
       Zapisał coś na karcie, po czym wyszedł. Wreszcie ktoś zainteresował się moim problemem. Nie miałam za złe tamtemu lekarzowi, że czegoś się nie dopatrzył i zalecił kupić witaminy i spożywać produkty bogate w magnez, ani mamie, że posłusznie poszła do apteki i nabyła tabletki. Nikt nie mógł przewidzieć, że to będzie coś poważniejszego. Zresztą dopóki jeszcze niczego nie potwierdzono, nie było się czym martwić.
      -Ale mnie przestraszyłaś – powiedziała dotąd milcząca mama.
      -Przepraszam, to chyba nie moja wina – powiedziałam trochę sarkastycznie. - A teraz wytłumacz mi w końcu, dlaczego mogę cię widzieć, mimo że już nie żyjesz i jak to możliwe, że wezwałaś tego lekarza?
      Zmarszczyła brwi. Wyraźnie było widać, że niewiele z tego rozumie.
      -To ty mi wytłumacz tą sytuację. Nie mam pojęcia, dlaczego masz mnie za ducha! - wyrzuciła z siebie te słowa bardzo szybko.
      -Jak to dlaczego?! - zdenerwowałam się. - Przecież mieliście wypadek, w dniu moich urodzin!
      Wstała i podeszła do łóżka. Podniosła rękę, która była bardzo roztrzęsiona, i położyła mi ją na czole. Poczułam jej ciepło, troskę. Miłość. Poczułam rękę. Zwykle w filmach o duchach zjawy nie mogły dotykać ludzi i przedmiotów, po prostu przez nie przenikały. A ja czułam jej drżącą dłoń. Miałam coraz więcej wątpliwości.
      -Jesteś rozpalona – powiedziała. - Masz gorączkę. Lepiej się prześpij.
      Czy mama miała mnie za wariatkę? Czy to były jakieś żarty? To wszystko zaczynało mnie przerastać.
      -Nie! Nic mi nie jest! - prawie krzyczałam. Odruchowo spojrzałam w drugą stronę.       Dopiero teraz zauważyłam, że nie jestem jedyną pacjentką w tej sali. Na łóżku pod oknem leżał, na moje oko piętnastoletni chłopak, który otulony kołdrą, był prawie niewidoczny. Zrobiło mi się głupio, przecież mogłam go obudzić. Ściszyłam głos. 
      -Wszystko doskonale pamiętam. Mieliście wypadek, zginęliście, potem Natalia zniknęła. Parę dni później byłyśmy w pogotowiu opiekuńczym, a w piątek zadzwoniła babcia i... właśnie, jaki dzisiaj mamy dzień?
      -Sobota, drugi października.
      -No tak. I powiedziała, że w niedzielę wracamy do domu, bo załatwiła wszystkie formalności, czy coś tam. Poszłyśmy do biblioteki po drugiej stronie ulicy, żeby napisać maila. Kiedy wracałyśmy, rozwiązała mi się sznurówka i się przewróciłam. Potwornie bolało mnie kolano, nie mogłam wstać. Natalia ruszyła w moją stronę, ale samochód był szybszy. Chyba wiesz, co mam na myśli... - skończyłam swoją opowieść.
      -Skarbie – powiedziała czule mama. - Nic takiego się nie stało. No, poza wypadkiem. Rzeczywiście, kiedy trafiłaś do szpitala, miałaś rozwiązane sznurowadło, a poza tym złamaną nogę, wiele potłuczeń i na kilka godzin przysporzyłaś nam strachu.
      -Czyli twierdzisz, że to wszystko to był tylko sen? Wytwór mojej wyobraźni? I tyle?! - nie mogłam w to uwierzyć.
      -Wygląda na to, że tak. Wszystko w porządku. No, może poza tym, że będziesz leżała w łóżku przez najbliższy tydzień, a może nawet dwa. Ale koniecznie musisz podziękować Wiktorii i przede wszystkim temu chłopakowi, który cię uratował. Całe szczęście, że nic mu się nie stało, kiedy odpychał cię na bok. Ale... - nie skończyła. Chyba chciała mi coś zasugerować, bo zawsze tak było, kiedy kąciki jej ust lekko się wykrzywiały ku górze, a oczy się śmiały.
      -Co?! Kuba mnie uratował? Gdzie on jest? Coś mu się stało? - zarzuciłam ją serią pytań.
      -Na które mam odpowiedzieć najpierw? - spytała.
      -Na dwa ostatnie – powiedziałam szybko. Zmartwiłam się, że coś mogłoby mu się stać przeze mnie. - Mów szybko.
      -No jasne. Już mówię. Wiktoria wezwała karetkę. Przyjechała po pięciu minutach. Ponieważ nie było nikogo z rodziny, ratownicy pozwolili jej i temu chłopakowi jechać razem z nimi. Siedzieli tutaj ponad trzy godziny, w końcu zaczęło się robić ciemno, więc zamówiłam dla nich taksówkę i powiedziałam, że zadzwonię, jak tylko się obudzisz. Jeszcze tego nie zrobiłam, bo nie mam ich numerów, ale może sama ich powiadomisz? Na pewno się ucieszą – powiedziała.
      -Może i tak, ale nie wiem, gdzie jest mój telefon – odpowiedziałam i spojrzałam na nią pytająca z małą iskierką nadziei, że coś wie.
      -Ja też nie wiem. Ale poczekaj chwilę. Zaraz wrócę – odparła i wyszła.
      Wróciła trzy minuty później. Patrzyła na mnie z tajemniczym uśmiechem. Ręce schowała z tyłu.
      -Co tam chowasz? – spytałam.
      -Prezent. Nie w takich okolicznościach miałaś go dostać, no ale… - rzekła.
      Patrzyłam na mamę i nic nie mówiłam. Byłam zaskoczona. Nie spodziewałam się dodatkowego prezentu urodzinowego, a tu taka niespodzianka.
      -Proszę bardzo. Jeszcze raz: wszystkiego najlepszego i żebyś nigdy więcej nas tak nie straszyła – po czym podała mi kolorową paczkę.
      -Mam otworzyć teraz, czy w bardziej bezpiecznym miejscu? – spytałam ironicznie.
      -Jak wolisz. Choć lepiej teraz. Przyda ci się – powiedziała. Jej tajemniczość zaczynała mnie przerażać.
      Zaczęłam rozdzierać kolorowy papier. Prezent był owinięty dokoła trzy razy. W końcu udało mi się go rozpakować. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
      -Nowy telefon?!
      -No tak. Tamten był już stary i chyba nikt już takich nie używa. A ponieważ i tak pewnie leży gdzieś w trawie, to dostajesz nowy – podsumowała. – A Wiktoria pomogła mi go skonfigurować, wpisać kontakty i zrobić to wszystko, o czym ja nie mam zielonego pojęcia.
      -Dziękuję wam! Ale ja was kocham! Najbardziej na świecie! – mówiłam, podnosząc się do pozycji siedzącej, aby przytulić mamę.
      Wysłałam ją do domu, bo przecież obiad sam się nie ugotuje, a ja w tym czasie postanowiłam się przespać. Tak naprawdę to nie chciało mi się spać, ale nie bardzo podobało mi się, aby była przy mojej rozmowie z Wiktorią, bo wiedziałam, w jakim kierunku się potoczy. Mama chyba się domyślała, co jest grane, ale na wszelki wypadek najlepiej było, gdy nie słyszała, o czym plotkujemy.
      Zajrzałam do listy kontaktów. Wpisałam literę „W” i od razu wyświetliły mi się numery z tą literą w nazwie. Wiki była na trzeciej pozycji. Wybrałam jej numer. Przez pięć sygnałów nie odbierała. Mogłam się tego spodziewać, zawsze gdzieś gubiła telefon i dziwiła mi się, że nigdy nie zapominam włożyć go do kieszeni. A prawda była taka, że za każdym razem, kiedy nie czułam telefonu w lewej kieszeni spodni, gorączkowo szukałam go wszędzie, aż w końcu okazywało się, że włożyłam go do kurtki. Ta panika wracała dosłownie zawsze.
      -Alo? – usłyszałam trochę zaspany głos.
      -Cześć Wiki. Poznajesz mnie, czy już zdążyłaś zapomnieć jak brzmię?
      -Edzia? No nareszcie! Tak się martwiłam! Jak się czujesz? Kiedy mogę cię odwiedzić? Gadałaś z Kubą? Jest ktoś u ciebie? – zasypała mnie gradem pytań.
      -Możesz przyjść nawet teraz. Jestem sama… no, prawie sama, a na resztę odpowiem jak się spotkamy, bo teraz muszę coś zrobić. Tak więc przepraszam cię najserdeczniej, ale będę kończyć. Chciałam tylko, żebyś wiedziała, że wróciłam do żywych – powiedziałam.
      -Noo, narobiłaś nam niezłego strachu. W takim razie rób, co masz robić, a ja zjawię się za godzinę.
      -Pa – rozłączyłam się i zrozumiałam, że przecież nie mam numeru do Kuby.
      Zaczęłam przeglądać listę kontaktów. Przewijałam ją obojętnie. Nagle coś mnie tknęło. Wróciłam o kilka osób wyżej do nazwy, która przykuła moją uwagę. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. „Kuba 791…”. Od razu wiedziałam, że to sprawka Wiktorii. Jednocześnie przypomniałam sobie o moim „śnie”. Tam też przypadkowo odnalazłam w telefonie numer Kuby. Uznałam to za przypadek, zresztą mogłam się tego spodziewać po mojej przyjaciółce, która bardzo często wlepiała nos w nieswoje sprawy.
      Przez chwilę się zawahałam. Niesamowicie bałam się z nim rozmawiać. Mimo wszystko nadal byłam tą samą Edytą, która w głębi serca darzyła go cichym uczuciem wiedząc, że on i tak nie zwraca na nią uwagi. Nie mogłam być pewna, że ten „mały” incydent przed szkołą coś dla niego znaczył, czy może był tylko jakimś żartem. Mimo wszystko Kuba uratował mi życie i ten jeden telefon z pewnością mu się należał. Zmotywowana wybrałam numer.
      -Nareszcie! – powiedział, kiedy usłyszał mój głos, a ja się uśmiechnęłam, bo Wiktoria zareagowała tak samo. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwiłem.
      -To miłe z twojej strony. Czy… to prawda, że to ty mnie uratowałeś? – spytałam, cała roztrzęsiona.
      -Nie, coś ty. Ja tylko powstrzymałem samochód, bo chyba miałaś z nim jakieś porachunki – zażartował.
      -Jasne – roześmiałam się. – Ale tak na poważnie… Nie wiem, jak ci dziękować. W końcu to dzięki tobie żyję.
      -Nie przesadzaj, to nic takiego – odpowiedział skromnie.
      Na chwilę zapanowała cisza. Miałam mu tyle do powiedzenia, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Nagle w tej samej sekundzie oboje chcieliśmy coś powiedzieć. Znowu się śmialiśmy.
      -Mów pierwsza – ustąpił.
      -No dobrze. Więc chciałam cię zapytać, czy nie mógłbyś dzisiaj przyjść? Chyba, że będziesz zajęty… - powiedziałam niepewnie.
      -Pewnie, że przyjdę. Tylko kiedy będę mógł wpaść, żeby… no… żeby ci nie przeszkadzać?
      -Za godzinę ma przyjść Wiki, może razem z nią? – zaproponowałam.
      -Hmm… - zastanowił się. – Może być. To do zobaczenia już niedługo.
      Rozłączyłam się i położyłam. Powoli zaczynał doskwierać mi ból głowy. Zaczęłam myśleć. O tym niesamowicie długim śnie, o rodzicach. O Kubie. Każde jego wspomnienie wywoływało we mnie uśmiech. Nigdy dotąd nie było osoby, która budziłaby we mnie tak sprzeczne emocje. Czy to mogło coś znaczyć?
      Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. Zmęczenie wzięło górę. Nie wiem, jak długo spałam, ale w pewnej chwili usłyszałam jakieś szepty. Otworzyłam oczy i pół sekundy później zamknęłam. Mój mózg jeszcze nie pracował na pełnych obrotach, a świadomość i refleks były godne pożałowania. Coś mi nie pasowało. Jeszcze raz otworzyłam oczy. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że „za godzinę” właśnie minęło. Kuba i Wiktoria akurat wychodzili.
      -A wy gdzie się wybieracie? – spytałam, a widząc, że aż podskoczyli, powiedziałam: Sorki.
      -Nie chcieliśmy Cię budzić – odpowiedział niepewnie Kuba.
      -Wchodźcie – zaprosiłam. – Mam tu pewnego lokatora, którego jeszcze nie… Chwila, gdzie on jest? – spytałam, kiedy dostrzegłam puste łóżko pod oknem.
      -Spokojnie, pewnie na jakichś badaniach kontrolnych albo coś – zaśmiała się Wiki, widząc moją przerażoną minę.
      -No tak – uspokoiłam się. – Nie znam go, nawet nie widziałam jego twarzy, a się o niego martwię. Jestem dziwna.
      Instynktownie spojrzałam na Kubę. Przez chwilę był jakby nieobecny, ale już niedługo potem „powrócił”. Rozmawialiśmy przez długi czas. Uśmiechając się, co chwilę ukradkiem patrzyłam na Kubę, który robił dokładnie to samo. Wiktoria w końcu to zauważyła i przerywając swoją opowieść o Kamilu, powiedziała:
      -Pójdę do toalety. A wy… No wiecie, co macie zrobić.
      Wstała i za plecami Kuby narysowała w powietrzu wielkie serce. Chyba za dużo sobie wyobrażała. Znowu. Ja sama nie wiedziałam, co i jak się ułoży, a co dopiero ona.
      -Ehh, ta nasza Wiktoria… - westchnęłam, kiedy wyszła.
      -No tak. Jak zwykle o wszystkim myśli pierwsza – potwierdził i nagle trochę spoważniał. – Pogadamy?
      Zdziwiłam się. Nie musiałam być jakoś bardzo inteligentna, żeby zauważyć, że rozmawiamy cały czas od chwili, kiedy tu weszli razem z Wiktorią. Fakt, była to zwykła pogawędka, w której główną rolę odegrała właśnie ona, ale rozmowa to rozmowa. To nie było do mnie podobne, ale trochę się zirytowałam. Czyżbym stała się innym człowiekiem?
      -Jasne – powiedziałam, nie wspominając mu o moich myślach. Mimo wszystko nie chciałam go niczym urazić. Przecież uratował mi życie. On jednak, jakby czytając moje niewypowiedziane słowa z moich oczu, zapytał, czy jestem na niego o coś zła.
      -Nie, nie jestem zła – odpowiedziałam. – To chyba hormony i dlatego nie mogę się na niczym skupić, bo albo jestem smutna i zamyślona, albo… Nieważne. Mów, bo chyba ci na tym zależy.
      -Może uznasz mnie za totalnego idiotę i nie zdziwię się, bo sam tak myślę o sobie, no ale trudno. Ja… nie spałem całą noc. Martwiłem się i do tej pory martwię, ale tu nie o to chodzi – mówił.
      -Poczekaj – przerwałam mu. – Możesz bardziej do rzeczy? Bo coraz mniej rozumiem.
      -Przepraszam cię, ale się denerwuję. Zwykle to było o wiele prostsze, ale ty… no ty jesteś inna!
      -Inna? Z kim ty mnie porównujesz? Chyba zgubiłam wątek – stwierdziłam.
„A ta rozmowa powoli traci sens”, pomyślałam i mało brakowało, a powiedziałabym to na głos.
      -Nieważne. Chodzi o to, że ty mi zawróciłaś w głowie! Każde twoje słowo, twój uśmiech i ta niepowtarzalna skromność… Masz dużo kompleksów i potrafisz być czasem zbyt złośliwa, ale mimo to szalenie cię kocham! – mówił zdenerwowany. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak trudne jest to dla Kuby.
      -Ale… - zaczęłam swój sprzeciw, gdy, na moje szczęście, do sali weszła pielęgniarka pchająca wózek z tym piętnastoletnim brunetem, z którym do tej pory nie miałam okazji zamienić nawet jednego słowa.
      Spojrzałam na Kubę. Zrezygnowany opuścił wzrok. Nie wiedziałam, co czuje, miałam dylemat co do tego, co powinnam zrobić. Pielęgniarka wyszła, a nieznajomy chłopak, jak gdyby nigdy nic, zapytał:
      -Przeszkadzam?
      -No coś ty – wyprzedził mnie Kuba i burknął do siebie: - Ani trochę.
      -Ej! – powiedziałam, kiedy wyczułam złośliwość w jego głosie. – Bądź miły.
      -Przepraszam… Pójdę już. Trzymaj się – jego głos był chłodny, a wzrok nieobecny.
     Wstał i wyszedł, tak po prostu. Serce biło mi dwa razy mocniej i szybciej niż dotąd. Miałam mieszane myśli. Kuba powiedział mi, że mnie kocha! Czy nie tego oczekiwałam? Czy nie to było moim największym marzeniem w ostatnim czasie? Przecież ja też coś do niego czułam. Czy nie powinnam być szczęśliwa? Gdyby nie to, że byłam uziemiona przez gips na nodze, ruszyłabym za nim i coś zrobiła, powiedziała…
      Z myśli wyciągnął mnie mój „towarzysz”.
      -Sory, chyba wróciłem w trochę nieodpowiednim momencie – powiedział.
      -Nie przejmuj się. To nie twoja wina – pocieszyłam go i wtedy poczułam, że do oczu napływają mi łzy. Z wielkim trudem starałam się je powstrzymać.
      -Jestem Artur – przedstawił się. – A ty?
      -Edyta, miło mi – odpowiedziałam obojętnie, choć jak zawsze starałam się zwracać z uśmiechem. Fałszywym uśmiechem.
      Nagle drzwi się otworzyły. Do środka weszła zmęczona Wiktoria. Widocznie biegła. W ręce trzymała dwa batoniki.
      -Co się stało? – spytała szybko. – Wyszłam z oddziału, żeby kupić coś w automacie, a tu nagle wychodzi Kuba. Był taki… smutny. Co jest?
      -Nie wiem. Powiedział mi, że mnie kocha, a kiedy chciałam coś powiedzieć, to pożegnał się i wyszedł – powiedziałam, a po policzku spłynęła mi łza.
      -On wyszedł, kiedy ja się pojawiłem – usłyszałam za sobą poznany już głos Artura. Wiki spojrzała na niego badawczym wzrokiem. Odgadłam, że zastanawiała się, czy on o czymś wie.
      Podeszła do łóżka, usiadła obok i przytuliła mnie bardzo mocno. Byłam pełna wątpliwości, w końcu naprawdę udało mi się osiągnąć to, czego chciałam. Jednak mój nastrój raczej tego nie odzwierciedlał. Byłam tym wszystkim okropnie zmęczona. W tamtej chwili miałam Kubie za złe, że mnie uratował…

 ” Życie lubi nas zaskakiwać i nawet najmniejsze lub najbardziej zasłużone szczęście bywa często złudne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz